czwartek, 9 września 2010

OPOWIEŚCI Z CICHEGO WZGÓRZA
Recenzja filmu Silent Hill 

Metoda twórcza Alfreda Hitchcocka opierała się na zasadzie, iż film należy rozpoczynać przysłowiowym „trzęsieniem ziemi”, a - w miarę jego trwania - nastrój suspensu powinien wciąż narastać, aby w finale osiągnąć apogeum. Twórcy Silent Hill przynajmniej w początkowych partiach filmu pozostali wierni tej zasadzie. 

Noc. Rose Da Silva (Radha Mitchell), a za nią jej mąż Christopher (Sean Bean) z krzykiem  wybiegają z jednorodzinnego domu. Ich kilkuletnia córeczką Sharon (Jodelle Ferland) stoi nad kilkudziesięciometrową przepaścią pod która rozpościera się wodospad. W lunatycznym majaczeniu wciąż wypowiada niezrozumiałe słowa: „silent hill...”.  Budzi się przestraszona, jednak koszmarnego snu nie pamięta. W jej dziecięcą pasję – rysowanie, coraz bardziej wkrada się mrok... Rose znajduje w internecie informacje na temat Silent Hill. Okazuje się ono nieprzejezdnym i objętym kwarantanną wymarłym miastem, nadal trawionym wybuchłym kilka lat wcześniej podziemnym pożarem. Bez wiedzy męża, nie ufając psychologicznym diagnozom, decyduje się zabrać córkę do Silent Hill... Jednak już w drodze bohaterki spotykają nieprzewidziane wydarzenia... Zadzierają z twardą policjantką Cybil Bennet (Laurie Holden) , a następnie ulegają niegroźnemu samochodowemu wypadkowi. Po odzyskaniu
przytomności  Rose spostrzega, że znacznej zmianie uległy warunki pogodowe,   oraz – co gorsze – że Sharon gdzieś zniknęła... Przerażona postanawia ją odnaleźć i rozwikłać zagadkę wiecznie spowitego mgłą miejsca, pełnego martwych poprzemysłowych piwnic, głuchych korytarzy i wyblakłych hal fabrycznych. W ślad za nią rusza wkrótce Christopher wraz z oficerem policji – Guccim (Kim Coates)...  
Bohaterka napotka wiele tajemniczych postaci, stawi czoła przerażającym wydarzeniom, pozna historię złego miejsca (w którym w przeszłości dochodziło m.in. do palenia ludzi na stosach przez fanatyczną sektę nieznanego bóstwa). A w centrum opowieści znajdzie się  dziewczynka o imieniu Alessa...  

Oparty na kultowej serii gier komputerowych, Silent Hill reprezentuje raczkujący podgatunek kina popularnego - survival horror. Nie jest to pierwszy film korzystający z nowych cybermediów. Odbiorcą tego typu produktów staje się głównie młodzież, fanatycznie uwielbiająca gry video. Wszystko rozpoczęło się
w latach 90. ubiegłego wieku wraz z adaptacją kultowej konsolowej platformówki  Super Mario Bros.  oraz amerykańskich ekranizacji gier karate-akcja (Street Fighter, Mortal Kombat 1 i 2) - które odniosły znaczny  sukces komercyjny (oraz - mimo nazwisk znanych aktorów - okazały się całkowitą klapą artystyczną), a następnie popularnego symulatora lotów (kosmiczny gniot  pt. Wing Commander). Zjawisko to w ciągu kilku lat nowego wieku - wraz ze stałym rozwojem technik multimedialnych, komputerowych efektów specjalnych, fotografii cyfrowej - zataczało coraz szerszy krąg: przyszła kolej na adaptację przygodowej strzelaniny („niezapomniane” dwie części Tomb Raidera) oraz japońskiego RPG-u (chociaż na Final Fantasy właściwie nie można było narzekać– dzięki niespotykanej dotychczas technice animacji, interesującemu scenariuszowi oraz dobrej oprawie muzycznej). Wreszcie „na tapetę” wzięty został survival horror (przygodowe gry logiczno - zręcznościowe, charakteryzujące się tajemniczą fabułą, niepokojącą
muzyką oraz pełną grozy scenografią). Jednak tutaj także zaczęły się "schody": o ile obie części Resident Evil można było jeszcze jakoś przetrawić, o tyle Alone in the dark, Bloodrayne i pretendujący  do miana najbzdurniejszego filmu wszechczasów House of dead (wszystkie trzy w reżyserii niesławnego Uwe Bolla) wywoływały jedynie rozstrój żołądkowy. Natomiast o Doomie nie powinno się nawet wspominać.
 
Film Silent Hill bardzo różni się od pozostałych survival horrorów. Zawiera wszystkie cechy dobrej gry tego gatunku, rezygnując przy tym z nadmiaru krwawych efektów typu "gore". Mimo pewnych "komputerowych" nielogiczności w motywacji postępowania bohaterów, charakteryzuje się  nastrojową warstwą plastyczną, wbijającą w fotel muzyką, jak również historią, w której wytrawny widz odnajdzie nawiązania do innych ponowoczesnych horrorów. Mimo
wyraźnie słabszej drugiej połowy (odejście od „powolnych niedopowiedzeń” na rzecz „dynamicznego ciągu zdarzeń i wyjaśnień”), wymienione elementy wraz z bogato wykorzystanym bestiariuszem sprawiają, iż ponad dwugodzinną kooprodukcję japońsko-francusko-amerykańską ogląda się całkiem dobrze. Zasługa w tym reżysera Christophe Gansa (Braterstwo wilków), scenarzysty Rogera Avary (Pulp Fiction, Prawdziwy Romans) oraz aktorów drugoplanowych (Deborah Unger, Alice Krige).

Silent Hill (2006). Reż.: Christophe Gans.  Scen.: Roger Avary.  Zdj.: Dan Laustsen. Muz.: Jeff Danna, Akira Yamaoka. Wyst.: Radha Mitchell, Jodelle Ferland, Sean Bean, Deborah Unger, Alice Krige i in. Od lat:15
          
recenzja ukazała się w "Miesięczniku" nr 181 (pt.Milcząco na Wzgórzu) - biuletynie ŚKF oraz w dodatku "Nowin Gliwickich (czerwiec 2006 r.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz