poniedziałek, 6 września 2010

Przenikliwe SPOJRZENIE I ostre PRZESŁUCHANIE
Nowe filmy Gliwickiego Klubu Filmowego „Wrota” 

30.V. w Klubie Literackim „Perełka” w ramach „Gliwickiej Nocy Poetów” miał miejsce pokaz nowych dokonań Gliwickiego Klubu Filmowego „Wrota”. Zaprezentowano dwa stosunkowo nowe filmy: nagrodzone Złotą Kanewką na tegorocznym festiwalu Kina Amatorskiego i Niezależnego we Wrocławiu Spojrzenie oraz  premierowe Przesłuchanie.

fotografia z filmu Spojrzenie   
Kilkuminutowy niemy film Beniamina Szwed pt. Spojrzenie  opowiadający w surrealistyczno - poetyckiej formie o świecie żyjącym we wszechobecnym pośpiechu, gdzie nie ma czasu i miejsca na spokojną refleksję, to niespotykany  – jak na produkcję amatorską – popis możliwości montażowych, wyczulenie na tempo akcji, grę świateł i cieni oraz pewną tajemniczość właściwą filmom Davida Lyncha. Następujące po sobie nieco enigmatyczne ujęcia podkreślone klimatyczną  - choć zapożyczoną – gotycką muzyką pobudzają widza do namysłu nad wątpliwym sensem „wyścigu szczurów”. Już wcześniejsze  Oddalenie  zdradzało zmiłowanie reżysera bardziej do onirycznego nastroju niż logicznych fabuł; przywoływało dokonania wczesnej awangardy francuskiej (Antrakt, Pies Andaluzyjski, Balet Mechaniczny). Bardzo udane  Spojrzenie  eksperymenty te kontynuuje.

Trochę inaczej ma się sprawa z  Przesłuchaniem lidera GKF-u - Marcina Kondraciuka. Tytuł przywodzi na myśl wybitny film Bugajskiego z Krystyną Jandą w roli głównej... i jest to skojarzenie zupełnie na miejscu. Pierwsza scena: dwóch mężczyzn ubranych w wojskowe mundury otwiera drzwi obskurnego, skąpo oświetlonego pokoju; w środku przy niewielkim stole siedzi inny mężczyzna. Zaczyna się sekwencja przesłuchania. Pierwsze trzymające w napięciu kilkuminutowe
kadr z Przesłuchania (1982) R. Bugajskiego
ujęcie z perspektywy statycznej kamery podkreślone realistycznym monologiem „dowódcy”, przekonującą grą aktorską, interesującym zastosowaniem sztucznego światła (żarówki, papierosy) oraz autorską muzyką w tle robi wrażenie.   

Potem jest już znacznie gorzej. W miarę rozwoju akcji pojawia się sugestia, że przesłuchujący są najprawdopodobniej  przedstawicielami totalitarnej komunistycznej partii (sic!), a niezłamany dotąd torturami bohater staje przed nie pozostawiającą wielkiego wyboru alternatywą: podpisze pewien dokument i będzie wolny, lub nie podpisze, a poprzez to sprawi, że jego żona (także obecna w pokoju) będzie okrutnie cierpieć (pada sugestia  „dowódcy” o ponad 40-tu żołnierzach, którzy od wielu miesięcy nie widzieli kobiety). Niestety są to motywy mocno wyświechtane, przetwarzane przez kino wielokrotnie, których nie ratuje zaskakujące ujęcie odkrywania przez oprawcę prymitywnych narzędzi tortur.

fotografia z planu Przesłuchania M.Kondraciuka
Byłoby jednak niedopatrzeniem nie zauważyć, iż reżyser stara się iść własną drogą: w momencie szantażu bohatera wprowadza dwie nowe postaci, odpowiedniki Anioła i Szatana, które zaczynają „toczyć duchowy spór”. Niestety drewniane monologi, takież same dialogi, teatralnie przerysowane aktorstwo odtwórcy roli Szatana oraz nijakie i sztuczne odtwórczyni roli Anioła zupełnie pogrążają całą scenę, przywodząc na myśl disneyowską kreskówkę o psie Pluto. Znika gdzieś autentyczność i dramatyzm pierwszych ujęć, ciężka klaustrofobiczna atmosfera małego pokoju. 
W puencie filmu (której nie zamierzam Czytelnikom zdradzać) pobrzmiewa szczątkowy ezopowy morał: warto być szczerym, godnym i honorowym człowiekiem.


fotografia z planu Przesłuchania M.Kondraciuka
Film M. Kondraciuka, w swej reżyserskiej twórczości konsekwentnie dbającego o wymowę moralną utworów, przekazanie istotnych uniwersalnych wartości oraz stawiającego swoich bohaterów w sytuacjach skrajnych, jest zatem średnio udanym – choć zapewne stojącym w opozycji do tak często spotykanej u młodych twórców tendencji do „zabawy w kino”; zabawy nie naznaczonej żadną głębszą myślą – filmem amatorskim. Reżyser wyzbył się tym razem natłoku symboliczno – metafizycznych scen, które jednych frapowały, innych irytowały (jak to było w przypadku jego poprzedniego filmu pt.  Zmierzch świtu , wyświetlanego w październiku zeszłego roku w kinie „Amok”), lecz to co zaproponował w zamian jest nieco nachalnym połączeniem naturalizmu i czytelnej chrześcijańskiej alegorii. Jeżeli miałbym wybierać pomiędzy dwoma filmami tegoż reżysera, optuję za nie pozbawionym błędów formalnych, lecz przejmującym i nastrojowym (niesamowita muzyka zespołu „Wrota” !) Zmierzchem świtu.  
"Nowiny Gliwickie", 12.06.2003

czwartek, 2 września 2010

TO, CO NAPRAWDĘ PO NAS ZOSTAJE...
 
Reda w porannej mgle
29 października o godz. 16.00 na Wydziale Elektrycznym Politechniki Śląskiej odbyło się uroczyste otwarcie Galerii „Semestr” w sali seminaryjną  nr 236 A (w tzw. „nowym budynku” wydziału). Politechnika - kształcąca głównie przyszłych inżynierów kierunków technicznych - po raz kolejny udowadnia, że nieobce są jej także humanistyczne poszukiwania twórczej wypowiedzi. Pierwsza galeria akademicka stawia sobie za cel promowanie prac malarskich, fotograficznych czy graficznych dotykających głównie zagadnień  z zakresu szeroko rozumianych dziedzin etyki i estetyki. Na inaugurację zaprezentowano 10 prac stworzonych głównie techniką akwareli, których autorem jest  Marian Bietkowski – pomysłodawca i założyciel galerii.

Marian Bietkowski to znana i ceniona postać gliwickiego środowiska naukowego i artystycznego. Legitymuje się tytułami naukowymi ; dawniej pracownik Politechniki w Katedrze Geometrii Wykreślnej, a następnie kierownik Laboratorium Światła, Barwy i Perspektywy na tej katedrze. Wykładowca Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Od 1956 r. Członek Związku Polskich Artystów Plastyków Oddziału Gliwice - Zabrze. Jego obrazy odwiedziły wiele  krajowych i międzynarodowych wystaw. W 2007 r. odznaczony przez prezydenta miasta Gliwice nagrodą za całokształt twórczości w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury.

- Malraux powiedział kiedyś, że to co naprawdę po nas zostaje, to nasza sztuka. Chciałbym, aby w Galerii „Semestr” promowany był każdy rodzaj twórczości: różnorodne tematy, różny poziom artystycznej wrażliwości. Pragnąłbym jednak, aby prezentowane techniki były  zbliżone do akwareli. Jeżeli znajdą się fotografie, to nieostre, rozmyte, pełne interesujących cieni.  Raz na semestr planuję zmieniać jej wystrój – stąd nazwa. Dla mnie to działalność „non-profit”. Chciałbym stworzyć spójny program
Przeganianie smutku
ekspozycji, daleki od podążania za modą, za tym co aktualnie „na topie” czy też odżegnujący się od zjawisk związanych z polityką. Pozbawiony krzykliwej kontrowersji czy gwałtownej wypowiedzi. Interesuje mnie raczej pokazywanie oryginalnych poszukiwań twórczych formy „pozytywnej” w sensie etycznym , uczenie młodzieży estetycznego odbioru sztuki  – tak autor przybliża idee powstania galerii oraz jej przyszłego funkcjonowania.

Urodził się we Lwowie w 1927 r. Mieszkał tam aż do repatriacji w 1946 r., studiował we Lwowskim Instytucie Sztuk Plastycznych. To czego nauczył się od tamtejszych wykładowców nadal w nim żyje, nieustannie rzutując na jego twórczość. Jako młody człowiek był świadkiem dramatycznych wydarzeń  II wojny światowej, jednakże przeżycia których doświadczył, prawie zupełnie nie znajdują przełożenia na jego prace malarskie. Kwiaty płoną ciepłymi
Drzewa po ulewie
barwami, stare budowle szepczą spokojnym dostojeństwem, szerokie  pejzaże  i pejzaże z wodą kuszą zapachem nieprzemijalności , jakby zapraszając obserwatora do zanurzenia  się w ich wnętrzach, z dala od ADHD pędzącego świata. „Miękkie”, nieco „przezroczyste i ulotne” techniki ( akwarela, akryl, pastel suchy)  wrażenia te tylko potęgują. Jedynie drzewa oraz monotypie artysty budzą pewną smutną zadumę , porównywalną do tej, którą odczuwa się w chwilach samotnej wędrówki pośród śniegu. Trochę w nich kredy, tuszu, węgla, piórka.

- Nie potrafię wypowiadać się „w oleju”. Najlepiej „rozmawia mi się” w akwareli. To bardzo trudna technika, która wymaga dużej dokładności; nie ma w niej miejsca na poprawki. Obrazy muszą być „pod szkłem” , bo inaczej szybko się zacierają. Bardzo zależy mi na ukazywaniu piękna polskiego krajobrazu, interesujących regionów. Będę chciał przywołać także stare elementy gliwickiego budownictwa - przecież nasz okręg bogaty jest w ludową architekturę drewnianą -  a także te nowe, które dopiero powstają. Bo malować to nie znaczy żyć w wyobcowanym świecie – mówi Bietkowski .

Levoca - przed burzą
Podziwu dla prac kolegi nie ukrywa Anna Zawisza-Kubicka, prezes ZPAP okręgu gliwicko-zabrzańskiego: -  Żeby stworzyć akwarelę „lekką”, oddającą nastrój, trzeba mieć pewną rękę. Jedno położenie pędzla musi oddać natężenie światła, nasycenie koloru. A Marian to potrafi. Niestety w naszym okręgu nie widać spadkobierców jego metody twórczej czy  też Janiny Litwińskiej-Walas. Młodzi wolą zajmować się technikami cyfrowymi, komputerowymi. Malowanie akwarelą wymaga wielu lat wprawy, a młodzi są niecierpliwi. Niewątpliwym plusem tradycyjnej akwareli jest jej umiejętność przemawiania do każdego - w przeciwieństwie do np. abstrakcji .

Sam artysta wydaje się człowiekiem emanującym spokojem  oraz  pełnym ciepła – zupełnie  jak  jego prace umieszczone w galerii. Największe wrażenie robią chyba domki o czerwonych dachach , otoczone zielenią drzew – 2 pejzaże pt.  Kazimierz n/Wisłą .

- Cieszę się, że rok temu Centrum Edukacyjnemu im. Jana Pawła II  przypadł zaszczyt organizowania wernisażu z okazji 50-lecia pracy twórczej pana Mariana. Jesteśmy w czasowym posiadaniu wielu jego prac, które
Jesień w parku
podczas cyklicznych wystaw co rusz spotykają się z serdecznym przyjęciem odbiorców. Jest w nich dużo dobroci, otwartości i pokory - cech  tożsamych z samych autorem – oznajmia ks. Robert Chudoba, dyrektor  Centrum, duszpasterz akademicki.

Podczas wernisażu wśród przybyłych gości przeprowadzono loterię  w której nagrodami były 4 małoformatowe prace autora.
Zainteresowanych malarstwem Mariana Bietkowskiego odsyłam na stronę z licznymi reprodukcjami :  www.woda-w-galerii.com
 
"Nowiny Gliwickie", 5 listopada 2008

Wszystkie prace malarskie zamieszczone w tekście są autorstwa Mariana Bietkowskiego

piątek, 27 sierpnia 2010

NASTAJE ŚWIT
  recenzja filmu Zmierzch świtu Gliwickiego Klubu Filmowego „Wrota”   

23 października 2002 r. w gliwickim kinie „Amok” w ramach przeglądu polskiego kina  „offowego” odbyła się absolutna premiera filmu pt. Zmierzch świtu w reżyserii Marcina Kondraciuka.

Zmierzch świtu trwa około 16-tu minut. I jest to 16 minut nasycone mnogością alegorycznych, onirycznych obrazów, za pomocą których reżyser (i jednocześnie główny aktor) buduje - już od pierwszych ujęć charakteryzującą się pewnym fatalizmem -  opowieść o odosobnieniu, zbrodni i zemście.

Na płaszczyźnie zdarzeń film posiada wyjątkowo czystą sytuację fabularną: rezygnując ze znaczących wątków pobocznych, przedstawia historię jednego bohatera, wrażliwego samotnika, pragnącego ukarać zabójców i gwałcicieli swojej ukochanej, co w końcu dokonuje się na ekranie w serii krótkich, pospiesznych ujęć. Nawiązania  – do ogranego w kinie motywu zemsty jednostki za krzywdy wyrządzone przyjaciołom  bądź najbliższym -  przywodzą  "kino sztuk walki"(chociażby Wejście smoka Roberta Clouse  z wielkim
Dolph Lundgren -The Punisher (1989)
Brucem Lee,  Krwawy sport Newta Arnolda czy Kickbokser  M. DiSalle i D. Wortha - oba z gwiazdą Jean Claude Van Damme'm), a także rozprawiających się z przestępcami za pomocą własnych metod samotnych mścicieli z westernów (Bez przebaczenia Clinta Eastwooda), thrillerów policyjnych (neowestern Brudny Harry Dona Siegela), z kultowych komiksów przeniesionych na ekran (Punisher, Kruk Alexa Proyasa) oraz – w mniejszym stopniu – z kina samurajskiego (scena treningu z bronią „białą”).  Jednakże całkowite usytuowanie filmu pomiędzy schematy wyżej wymienionych gatunków byłoby pewną nieścisłością, gdyż Kondraciuk nasyca go kameralną, autonomiczną wizją. Pełne klaustrofobii i mroku nagromadzenie w duszy bohatera traumatycznych przeżyć osiąga apogeum: powoduje pęknięcie wewnętrznego muru dotychczas tłumionego gniewu.

Poprzez stale powracające sceny wspomnień głównej postaci (pierwsza komunia kojarząca się bohaterowi z solidnym laniem ojcowskiego pasa; pobicie przez nieznajomych nastolatków; śmierć przyjaciela podczas bliżej nieokreślonych działań zbrojnych; gwałt i morderstwo dokonane na jego dziewczynie), reżyser - pomimo dosyć skrajnych przykładów - obnaża pewną psychologiczną prawdę na temat mechanizmu rodzenia
się zła. Nie ulega wątpliwości moralna jednoznaczność czynów bohatera, działającego według szablonu akcja-reakcja, pomimo iż widz z pewnością rozumie pobudki, które pchnęły go do popełniania zbrodni. Co więcej – może mu nawet współczuć.

Raczej nie mający dydaktyczno – moralizatorskich ambicji film prowokuje  wewnętrzne pytania: „Jak Ty zachowałbyś się po takich doświadczeniach, jakie spotkały bohatera? Czy umiałbyś żyć, wiedząc że mordercy bliskiej Ci osoby są bezkarni?”.

Wspomniana jednowątkowość – spowodowana zapewne bardzo skromnym budżetem – paradoksalnie wychodzi filmowi na dobre; staję się on czymś więcej niż tylko rozrywką kilku zapaleńców dysponujących kamerą (chociaż zapewne był nią także): cichą i w gruncie rzeczy bardzo smutną rozprawką na temat rozmaitych determinant, które nieustannie oddziałują na życie i postępowanie jednostki.

Zmierzch świtu operuje nie tylko ograniczoną liczbą postaci oraz znikomą rekwizytów (pistolet, miecz samurajski, karabiny, zapalniczka), ale także całkowicie rezygnuje z warstwy dialogowej czym bezsprzecznie wygrywa. Ta ascetyczna historia opowiedziana za pomocą słowa zapewne zatraciłaby siłę oddziaływania, która przecież wypływa z obrazów. W obecnej erze kina, w której dialog stał się jedną z podstawowych wartości decydujących o sile filmu, często ograniczając bądź wypierając wartość obrazu (twórczość Allena) -  etiuda Kondraciuka odwołuje się do archaicznego rodowodu kina: pierwszych lat kina dźwiękowego (operuje muzyką i dźwiękiem). I pomimo, że  poszczególne sceny zdają się być dalekie od doskonałości formalnej, amatorsko eksperymentalne (np. scena „wojenna”, która jest nie tylko słabo zrealizowana, ale także trochę odcina się od całości filmu; być może pochodzi z wcześniejszego filmu GKF-u pt. Stracone marzenie), to przecież niektóre (scena kroczenia jasnym tunelem; widziane z „dziecięcej” perspektywy ujęcie ojca uderzającego pasem; „samotności w tłumie”) wskazują na pewne opanowanie operatorskiego warsztatu.     

Pewnych smaczków dodaje fakt, iż film w całości kręcony był w Gliwicach, a widz dobrze znający to miasto zostaje wciągnięty w niezamierzoną zabawę polegającą na odgadywaniu miejsc akcji (można rozpoznać m.in. Park Chopina, wydział geologiczny Politechniki Śląskiej, kościół św. Michała, poligon wojskowy na Wójtowej  Wsi). 
 
Zważywszy na czas powstawania (około trzy tygodnie!), film należy uznać za całkiem udaną próbę warsztatu i sprawności realizacyjnych jego autorów. Ciekaw jestem jak twórcy poradziliby sobie z fabułą bardziej złożoną  oraz z prowadzeniem większej liczby aktorów. Być może przekonamy się o tym niedługo, gdyż zespół zapowiada produkcję kolejnych filmów.
 
Po filmie reżyser nagrodzony został zasłużonymi brawami. Nie uniknął niestety stereotypowych pytań od publiczności typu: „co chciał przez to powiedzieć” czy „co oznacza tytuł filmu”. I była to zdecydowanie najsłabsza część wieczoru.

Zmierzch świtu. Reżyseria, scenariusz, zdjęcia: Marcin Kondraciuk. Dźwięk: Paweł Mikoś. Muzyka: zespół „Wrota” ( M.Kondraciuk, P. Mikoś, Beniamin Szwed, Joanna Krawczyk, Piotr Nabielec). Montaż: P. Mikoś, M. Kondraciuk. Efekty specjalne: Mariusz Popielas, Jacek Lątka, Bartosz Koniec.  Wykonawcy: Marcin Kondraciuk, Agnieszka Jezierska, Łukasz Junkiert, Tomasz Hamerski, Wojciech Dziadkowiec i inni. Produkcja: Gliwicki Klub Filmowy „Wrota”, 2002 r. 16 minut. Kolor.

recenzja ukazała się w „Experyment” 1/2003.

czwartek, 26 sierpnia 2010

 ODJAZDOWE KINO

Jak co roku w sierpniu Kino AMOK przygotowało arcyciekawą propozycję filmową z cyklu Noce Filmowe w Ruinach. Za oknami upał przeogromny; lśniący pot dużymi perłami kapie mi na klawiaturę komputera, a podkoszulek oślizłymi palcami szczypie klatkę piersiową. Lato w pełni. Tłuste owady bzyczą radośnie, psy - ani myśląc o szczekaniu - leniwie wylegują się na posadzkach jednorodzinnych domków, „drzewa umierają stojąc”, a ludzie przeważnie marzą o tym, aby schłodzić rozpalone ciała w zbiornikach wodnych kąpieliska Leśnego, tudzież innych Czechowic. Perspektywa spędzenia trzech weekendów pod rząd (wliczając piątki) w zawsze przyjemnie chłodnych Ruinach Teatru Miejskiego brzmi niezwykle obiecująco, kontrastując z  gorącym tegorocznym repertuarem Nocy Filmowych. Noce zainauguruje

ODJAZDOWY WEEKEND (15-17.08.)
 
ODJAZDOWY WEEKEND to różne odcienie „filmu drogi” („Road movie” ) – odmiany  ”kina gatunków”. Jego właściwe datowanie zaczyna się wraz  z nastaniem okresu kontestacji (przełom lat 60/70) na Zachodzie i w USA, a za sztandarowe dzieło uchodzi  Swobodny Jeździec (1969) Dennisa Hoopera – pochwała wolności rozumianej w duchu hippisowskim -  poprzedzony m.in. literaturą beatników (szczególnie  W drodze  Jacka Kerouaca, 1957). Potem kino coraz częściej zaczęło podejmować motyw wędrówki, kładąc jednak nacisk na  różne akcenty problemowe - ucieczkę przed stróżami prawa po złamaniu norm prawnych (chociażby  Bonnie i Clyde ; Ucieczka gangstera; Znikający punkt; Thelma i Louise), ucieczkę od szarej codzienności w świat silnych emocji (Las Vegas Parano), poszukiwanie tożsamości, własnego miejsca w życiu (filmy Wima Wendersa; Moje własne Idaho), podróży samej w sobie (Exils ; Dzienniki
kadr z Wniebowziętych
motocyklowe) czy wreszcie jałowości wszelkich podróży (wczesne filmy Jima Jarmuscha) - korzystając przy tym z różnej estetyki (np. thrillera –Autostopowicz, Kalifornia ; filmu gangsterskiego –Prawdziwy Romans, Urodzeni Mordercy ; biograficznego dramatu  - Prosta historia; filmu „nowej przygody” –  Mad Max).Wiecznym tułaczem był przecież także - wiele lat wcześniej - tramp Chaplina czy też  - dużo później  -„nasz” duet kreowany przez niezapomnianych Maklakiewicza i Himilsbacha...

Kochankowie Sailor (Nicolas Cage) i Lula (Laura Dern) z  Dzikości serca (1990) Davida Lyncha - jednego z najważniejszych filmów lat 90., laureata Złotej Palmy w Cannes, apoteozy założeń postmodernizmu w kinie epoki „przedtarantinowskiej” – podróżują  różowym kabrioletem po pustynno-górzystym południu USA, uciekając przed zbirami nasłanymi przez matkę dziewczyny, niechętną  niebezpiecznemu związkowi. Ucieczka przed społeczeństwem pełnym skostniałych obyczajowych norm, krępujących zakazów i  nakazów kończy się w Big Tuna - „miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc”... 
Wszystko za życie
Także na ucieczkę (przed materialnym dobrobytem oraz konsumpcjonistyczną nudą powodowaną globalizacyjno-kapitalistycznymi regułami gry)  decyduje się Christopher McCandless , bohater na poły biograficznego filmu  Wszystko za życie (2007) Seana Penna. Tuż po ukończeniu prestiżowej uczelni wyższej rozdaje pieczołowicie nagromadzone oszczędności i – zaopatrzony jedynie w przedmioty potrzebne do przetrwania – wyrusza w pełną przygód wędrówkę na pustynie stanu Alaska (w takt akompaniamentu muzyki wokalisty Pearl Jam - Eddie Veddera) .
Zupełnie inna idea podróży przyświeca dwóm siedemnastoletnim bohaterom (w jednej z ról nowe latynoskie bożyszcze kobiet - Gael García Bernal)   I twoją matkę też (2001) Alfonso Cuarona. Pełna nieskrępowanej młodzieńczej radości podróż samochodem po skąpanym w słońcu Meksyku stopniowo nabiera znamion
Broken Flowers
poważnej inicjacji w dorosłość. Natomiast w odwrotną stronę wyrusza bohater  Broken Flowers (2005) Jima Jarmuscha – mężczyzna w średnim wieku o imieniu Don (Bill Murray). W odpowiedzi na anonimową depeszę informującą o posiadaniu syna, odwiedza kobiety swojego życia przemierzając niełatwą drogę dzielącą przeszłość od teraźniejszości. 
Ale podróżować można także w tonacji „mniej serio”, zwłaszcza pociągiem, jak to ma miejsce w nowelowym filmie  Bilety (2005) zrealizowanym przez mistrzów kina współczesnego (Olmi, Kiarostami, Loach) - nasyconym obyczajowym humorem powstałym w efekcie wyodrębnienia różnic kulturowych, oraz  w zupełnie zwariowanym  Pociągu do Darjeeling  (2007) Wesa Andersona.  
Dla ochłody muszę dodać, że na większość z w/w gorących filmów posypał się prawdziwy deszcz nagród. 
ODJAZDOWY WEEKEND to szczególna gratka dla tych, którzy podczas wakacji zostali w domach, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. A piękna pogoda sprzyja przecież podróżowaniu, chociażby wraz z bohaterami wspomnianych filmów czy też w wyobraźni, siedząc w wygodnych fotelach kinowej sali...
ukazał się w "Nowinach Gliwickich" 13 sierpnia 2008 r.

środa, 25 sierpnia 2010

DRZWI ZAMKNIĘTE
relacja z Festiwalu Filmowego DRZWI
 
Przez cztery ostatnie dni kwietnia Gliwiczanie przybyli do KinoTeatru X mieli niecodzienną możliwość obcowania z nowym kinem offowym podczas Festiwalu Filmowego DRZWI.  

Organizatorzy (GKF WROTA wraz ze Stowarzyszeniem STG przy Politechnice Śląskiej) dokonali pewnej klasyfikacji konkursowych filmów, głównie ze względu na ich czas trwania, rodzaj oraz możliwości sprzętowo-warsztatowe ich twórców. Tym samym wyodrębnili cztery główne kategorie w których obrazy rywalizowały: „fabuła krótkometrażowa amatorska”, „fabuła krótkometrażowa studencka”, „dokument” oraz  „fabuła długometrażowa niezależna” (która - gwoli sprawiedliwości - powinna raczej nosić miano „średniometrażowej”, gdyż czas prezentowanych filmów wahał się pomiędzy 36 a 54 minutami; nie zmienia to
dyrektor festiwalu - Marcin Kondraciuk z Tomaszem Kisielem
jednak faktu, iż kategoria ta okazała się niezwykle interesująca: na próżno bowiem szukać tak długich filmów podczas podobnych festiwali). Wprowadzili również szereg podkategorii (takich jak: „muzyka”, „aktorstwo” czy „zdjęcia”), w których filmy także mogły ubiegać się o festiwalowe laury.    
Oczywiście ta mnogość dyscyplin mogła wprowadzić lekką dezorientację oraz  zapewne  przyczyni się do obniżenia rangi festiwalowych nagród (których było niespotykanie wiele); niemniej dostarczyła widzom pewnej dawki intelektualnej zabawy (sami decydowali o licznych wyróżnieniach za poszczególne elementy składowe filmów).

Festiwal całkowicie zdominowały cztery obrazy. To o nich pamięta się po wyjściu z kina czy nawet  kilka dni po zakończeniu imprezy.  
Zdjęcie gliwiczanina Beniamina Szwed  otrzymało w kategorii „fabuła krótkometrażowa amatorska” trzy z czterech głównych Framug (za najlepszy film, muzykę i zdjęcia) – festiwalowych nagród-statuetek. Zdjęcie właściwie nie miało z kim rywalizować, wyraźnie
odznaczając się poziomem realizacji i wrażliwością od innych obrazów w tej kategorii. Oniryczne, autorskie dziełko igrające ze związkami przyczynowo-skutkowymi, w którym zupełnie zaburzona zostaje  współzależność czasu i przestrzeni odsyłało do -  nagradzanych podczas podobnych imprez - wcześniejszych eksperymentów autora. Jednak w jego dotychczasowym dorobku to film zdecydowanie najpełniejszy, którego konstrukcyjnymi wyznacznikami pozostają: powolna, transowa, przesycona metafizyką wschodu muzyka
(szkoda, że zapożyczona); ekspresjonistyczna gra świateł i cieni; dbałość o detal; (bardzo udanie zastosowany) polifoniczny montaż; niezwykle plastyczna kompozycja kadrów. Wcześniej Zdjęcie otrzymało szereg nagród i wyróżnień na innych festiwalach twórczości offowej, jednak chyba największym sukcesem filmu pozostają  trzy nominacje (reżyseria, zdjęcia, montaż) do tegorocznych OFFskarów –  polskiej nagrody kina niezależnego.

Miasto ucieczki Wojciecha Kasperskiego okazało się natomiast bezkonkurencyjne w kat. „fabuła krótkometrażowa studencka” (najlepszy film, aktorstwo, zdjęcia oraz 2 miejsce w kat. „muzyka”). Opowieść o przyjaźni dwójki hooliganów Widzewa Łódź, agresji ukształtowanej w człowieku pod wpływem
traumatycznych wydarzeń, trudnych wyborach moralnych oraz przypadkowej śmierci rozgrywała się na antypodach rzeczywistych wydarzeń z 8 maja 2004 roku, kiedy to w miasteczku studenckim doszło do zamieszek wywołanych przez kibiców, zakończonych użyciem przez policję ostrej amunicji. Bez wątpienia to jedna z najwybitniejszych etiud offowych ostatnich lat, charakteryzująca się znakomitym wyczuciem reżyserii (OFFskar 2007) , niebanalnym scenariuszem, interesującymi kreacjami aktorów (Eryk Lubos, Wojciech Żołądkowicz), świetnie wykorzystanymi, dynamizującymi narrację środkami stylistycznymi (elipsa, powtórzenie), korzystnym zastosowaniem retro- i introspekcji. Szczere, mocne, męskie kino sygnowane przez PWSFTviT.  

W kat. „dokument” obie Framugi (za najlepszy dokument i zdjęcia) otrzymał Inny świat Wojciecha Wikarka. Tytuł nie bez powodu koresponduje z  książką Gustawa Herlinga – Grudzińskiego. Wikarek bohaterem uczynił polskiego Żyda, który przeżył piekło Auschwitz-Birkenau. Henryk Mandelbaum (nr 181970) -  jedyny żyjący polski więzień  Sonderkommando – szczegółowo relacjonuje obozowe okrucieństwa, jakich  dopuszczali się hitlerowscy oprawcy. Uderzają  kontrasty: stonowany opis przeżyć obok wstrząsających  archiwalnych zdjęć; hobby pana Henryka (zbieranie porcelanowych lalek i pluszowych misiów) obok koszmaru, którego doświadczył. Film wielokrotnie nagradzany ( m.in. Grand Prix OPFA- Gdynia 2006)

Etiuda Swoimi słowami Artura Pilarczyka wygrała natomiast w kat. „fabuła długometrażowa niezależna” (najlepszy film, zdjęcia, aktorstwo). Reżyser swoimi słowami opowiedział - wydawałoby się - szablonową historię o niemożności porozumienia wewnątrz młodego inteligenckiego małżeństwa, poszukiwaniu miłości i  bliskości wśród codziennych spraw. W centrum internet, który sprawia że ekranowe postaci zaczynają swoimi słowami mówić o uczuciach i odnajdują się na nowo. Bo w sieci niekoniecznie trzeba być samotnym. Wysoki klucz oświetlenia, linearny montaż oparty na schemacie ujęcie-przeciwujęcie, przejrzysta narracja sprawiają, iż film bez problemu zadowoliłby przeciętnego odbiorcę komercyjnej telewizji. Paradoksalnie: w hermetycznym kinie offowym takich filmów brakuje.  

kadr z filmu Rigor Mortis
Niestety pozostałe filmy nie znalazły takiego uznania w oczach widzów jak w/w, pomimo iż twórcy często decydowali się na radykalne kroki realizacyjne, z różnym skutkiem przywołując chociażby formułę kina drogi (Homogenizacja Karola Godka), ponowoczesnego horroru (Rigor Mortis Patryka Jurka), mystery (Siostry Krzysztofa Borówki) czy nawet interdyscyplinarnej rozprawki w duchu Tarkowskiego (Alfa Omega Mateusza Droby).   

Organizatorzy także zadbali o swój wkład artystyczny. Każdy festiwalowy dzień otwierały nieźle zrealizowane miniatury GKF-u WROTA, hol kina zdobiło kilkadziesiąt fotografii dokumentujących życie planu filmowego, a chętni chcący poznać tajniki tworzenia kina mieli możliwość uczestniczenia w specjalnych warsztatach. Wielka szkoda, że po raz kolejny DRZWI otworzą się dopiero za rok... 

http://www.ffdrzwi.gkf.com.pl/page,25,strona,Werdykt_Jury_i_Nagrody.html -   pełna lista wyróżnionych filmów   

relacja pt. Framugi wzięte ukazała się w "Nowinach Gliwickich"  23 maja 2007 r.
   

wtorek, 24 sierpnia 2010

DRZWI OTWARTE...
zapowiedź Festiwalu Filmowego DRZWI

Gliwicki Klub Filmowy WROTA staje się powoli jedną z czołowych kulturalnych wizytówek naszego regionu. Trudno doprawdy zliczyć udane przedsięwzięcia społeczno-artystyczne, którym czynnie patronował  w  czasie  sześcioletniej działalności. Pod jego egidą odbyły się m.in. warsztaty i szkolenia filmowo-fotograficzne oraz teatralne dla młodzieży, długoterminowe projekty skierowane do osób niepełnosprawnych oraz dzieci, realizacje fabularnych i dokumentalnych filmów krótkometrażowych, liczne wystawy prac graficznych członków klubu, prezentacje dokonań własnej sekcji muzycznej. WROTA od początku były - i pozostają nadal - otwarte na wszelkie formy współdziałania z rozmaitymi organizacjami samorządowymi, pozarządowymi, placówkami kulturalno-oświatowymi czy mediami; twórcami, działaczami społecznymi, animatorami kultury czy dziennikarzami. Ale nie tylko. Najszerzej zdają się być otwarte dla osób, które nie zawsze potrafią poruszać się o własnych siłach w zawiłym gąszczu codzienności: osób niepełnosprawnych fizycznie, upośledzonych umysłowo, psychicznie niestabilnych, młodzieży z tzw. „trudnych  domów”. 
  
Paweł Mikoś - "prawa ręka Kondraciuka"
Festiwal Filmowy DRZWI który odbędzie się w dniach 27-30.04. w gliwickim KinoTeatrze X -  współorganizowany przez Stowarzyszenie STG przy Politechnice Śląskiej - jest efektem takiej właśnie rozległej współpracy WRÓT z instytucjami i ośrodkami kulturalnymi (patronat nad festiwalem objęły m.in. Radio Plus, Gliwicki Teatr Muzyczny, Nowiny Gliwickie) oraz licznymi grupami twórczymi i stowarzyszeniami (m.in. ze stowarzyszeniem Drużyna Wojów STAIN, Grupą Wojskową ŚLĄSK, zespołem muzyków ULTIMATUM). Ale przede wszystkim z ludźmi, często z przysłowiowego „przypadku” czy „ulicy”, którzy pomagali na każdym etapie organizacji przedsięwzięcia. Ktoś udostępnił budynek na potrzeby zdjęć,
Tomasz Kisiel - odtwórca głównej roli w jednej z etiud
ktoś inny pożyczył potrzebne rekwizyty czy sprzęt, jeszcze ktoś zupełnie przypadkowo znalazł się na planie filmowym i wziął udział w sesji, ponieważ organizatorzy – jak stwierdza koordynator festiwalu i prezes WRÓT Marcin Kondraciuk – „zaczepiali sztuką”...

Nasuwa się zasadnicze pytanie: czy nasze miasto potrzebuje kolejnego festiwalu filmów studenckich i amatorskich? Czyżby nie wystarczała już coroczna cykliczna impreza GOFFR, która notabene znakomicie oddaje ducha kina offowego? Odpowiedzi zdaje się być  kilka, i to niezwykle istotnych. 

Organizatorzy stworzyli cztery kilkuminutowe etiudy, mające otwierać kolejne dni festiwalu. Każda z nich wykonana została nieco inną techniką, sytuuje się w odmiennej poetyce, jednakże wszystkie garściami czerpią z bogatej historii filmu, przywołują tradycyjne tematy i postaci, a ich stylistycznym leitmotivem pozostają
kadr z jednego z festiwalowych intr
drzwi. Drzwi otwierające się także na samych twórców nadesłanych filmów (brak jakichkolwiek ograniczeń czasowych dla ich fabuł i dokumentów); na publiczność, która sama będzie przydzielała nagrody w poszczególnych kategoriach (wyjątek stanowią jedynie dwie nagrody organizatorów: za „najlepszy film studencki” i „najlepszy film niezależny”); na „kino wartości spod znaku Krzysztofa Kieślowskiego”; prowadzące za kulisy produkcji offowych (widzowie obejrzą fragmenty  „making off off”). Wreszcie drzwi przez które nieśmiało wchodzi Ten Inny: w tym przypadku osoba która - z racji swojej odmienności, niedostosowania, kalectwa czy zaburzeń  - nierzadko zepchnięta zostaje na margines życia społecznego, zapomniana i odrzucona.

uczestnicy WTZ
To właśnie problematyka osób niepełnosprawnych wydaje się zagadnieniem najbardziej interesującym twórców festiwalu. Znaczny wkład w jego powstanie mieli uczestnicy Warsztatów Terapii Zajęciowej w Gliwicach – Czechowicach , którzy nie tylko wystąpili w przygotowanych na tą okoliczność etiudach, ale współtworzyli je także od strony inscenizacyjnej oraz operatorskiej. I oczywiście będą pomagać podczas trwania festiwalu.

DRZWI otworzy reportażowy dokument poświęcony nietuzinkowej postaci – Gliwiczaninowi Mirosławowi Żochowskiemu, który na co dzień zmaga się z rzadkim, wrodzonym zaburzeniem
Mirek  Żochowski
neurologicznym zwanym Zespołem Tourette’a (charakteryzującym się występowaniem licznych tików motorycznych i głosowych). Zaburzenie to - jak przyznaje sam pan Mirosław na swojej stronie internetowej(www.extrememirek.prv.pl) - „powoduje (...) najrozmaitsze, śmieszne i tragiczne reakcje ze strony ludzi”, a jego samego doprowadza do „załamań nerwowych, depresji, fobii oraz stanów maniakalno- religijnych”. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż biernie poddaje się on chorobie. Jego aktywnymi pasjami niezmiennie pozostają sport oraz wyprawy górskie, w których to dziedzinach wciąż odnotowuje znaczące sukcesy. Jest także częstym gościem programów tv. 

Drzwi  – według Kondraciuka -  mają symbolizować „wejście do innego świata, gdzie wszystko jest możliwe, nie ma ograniczeń”. Każdy może przyjść w dniach 27-30.04. do KinoTeatruX i wejść do świata filmu. Drzwi otwarte.... 
 zapowiedź ukazała się w "Nowinach Gliwickich" 25 kwietnia 2007

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

„POEZJA JAKO MODLITWA” - cz.2
rozmowa z Maćkiem o nawróceniu, sensie życia, poezji i muzyce rockowej
 
Tomek:Teraz w świecie liczy się pieniądz, sukces, sława. Ty jednak świadomie odrzucasz splendor i bogactwo, wybierając inną drogę – seminarium...
Maciek: Już bardzo długo tkwiłem w tym świecie i zrozumiałem, że nie ma tu dla mnie nic. Byłem takim dziwnym typem, nie widziałem dla siebie miejsca. Instynktownie czy podświadomie odczuwałem, że czegoś tu brakuje. Moja decyzja wiąże się z tym, że doznałem łaski nawrócenia, otworzyły mi się oczy, i zobaczyłem co jest najważniejsze w tym życiu.

W jaki sposób przygotowujesz się do służby zakonnej?
Właściwie już zaczynam prowadzić taki tryb życia. Staram się, żeby wszystko co robię, każda czynność, była niejako modlitwą. Żeby całym swoim życiem wielbić Boga.

Eugène Delacroix: Miłosierny Samarytanin
Opowiedz o Twoim spotkaniu z Jezusem.
To jest dosyć obszerny temat i wiele by o nim mówić. Zaczęło się od pisania, od poezji – do Boga docierałem poprzez poezję. Dla mnie nie była ona tylko wyrażaniem jakichś emocji czy chwil. Wiązała się ze mną, z poznaniem. Poprzez poezję poznawałem świat, starałem się dochodzić do prawdy. Jeżeli tak podchodziłem do samej poezji, to wydaje się sprawą oczywistą, że prędzej czy później musiał pojawić się Bóg...

Pamiętasz ten moment? Czy było to tak, jakbyś dostał – że tak powiem – obuchem w głowę, czy Bóg przychodził do Ciebie delikatnie, powoli?
Ja bardzo powoli do niego dochodziłem. Byłem bardzo oporny (śmiech). Nie dawałem Jemu sobie pomóc. Starałem się robić wszystko sam.

W myśl zasady: każdy jest panem samego siebie?
Nie, ale... Dopuszczałem istnienie Boga i Jego ingerencję w moje życie, ale uważałem, że samo dochodzenie do Niego, uporanie się z grzechami należy do mnie. Nie rozumiałem, że On musi dać mi łaskę, abym je wszystkie odrzucił. Ostatnie miesiące przed moim nawróceniem to już było totalne dno. Wiedziałem, że są we mnie grzechy, z których po prostu nie umiem zrezygnować, że one mnie zabijają. Wiedziałem, że jestem już martwy.

Maleo z afrykańskimi dziećmi
Czy uważasz, że słowa utworu „Wstań” zespołu Houk napisane przez Darka Malejonka – „Twój świat rozpadł się na części / za plecami tylko mur / dzień w dzień w niewoli urojeń / złapany w potrzask jak szczur” – pasowały do Ciebie?
Dokładnie. Te grzechy mnie zniewalały, byłem ich niewolnikiem. Święty Paweł mówi w jednym ze swoich listów, że robisz to, czego nie chcesz. Twoje ciało chce czegoś innego, a ty czegoś innego. To był mur, którego nie potrafiłem przebić. Wtedy jeszcze więcej piłem. To już były kilkudniowe maratony. Bóg już był obecny w moim życiu; wiedziałem że nikt  inny nie jest w stanie mi pomóc, tylko Jezus. Nikt więcej. Zdawałem sobie sprawę, że żaden człowiek nie może tego zrobić. Można walczyć z tym światem i starać się go zwyciężać jeśli ma się wrogów na zewnątrz, ale jeżeli ma się samego siebie za wroga, to wtedy już nie bardzo jest się w stanie walczyć. Wiedziałem, że albo On mi pomoże, albo „nie pociągnę” długo. To była kwestia kilku miesięcy. Ewentualnie jeszcze z rok mogłem tak się pomęczyć, ale... to był po prostu koszmar.

Tutaj jest tak trudno żyć / codziennie musisz walczyć / tu jak w dżungli rządzi strach / zasadzki co krok” – tak o współczesnym świecie śpiewa Houk w utworze „ Ja żyję w tym mieście”. Czy możesz jakoś ustosunkować się do tych słów? Czy określają one postawy i sytuacje każdej wrażliwej jednostki?
Oczywiście. Tyle, że ja bym to raczej odniósł do kogoś, kto tak jak ja samotnie starał się walczyć ze światem. Teraz właściwie już nie istnieje dla mnie problem walki z tym światem. On już został zwyciężony. Walczę jeszcze z tą grzeszną osobą, która we mnie tkwi; z egoizmem i skażoną naturą, ale to już jest jakby poza tym światem. Wiem, że jestem już poza  nim, już mnie on nie zniewala.

Czy jesteś szczęśliwy?
Mogę powiedzieć, że jestem. Aczkolwiek nie jest to szczęście beztroski, bo ono też nie na tym polega. Tu nie możesz być szczęśliwy w sposób doskonały. Jestem szczęśliwy, ale jest w tym pierwiastek cierpienia i zmagania, ale również wielka radość. Radość przewyższa cierpienie.

Jerusalem, The Tower of David and archeological garden
Miewasz problem z byciem pokornym?
Tak, jeszcze miewam.

Czy jest to duży problem?
Trudno powiedzieć, czy duży. Na pewno mniejszy niż kiedyś i staje się coraz mniejszy. Są jeszcze sytuacje kiedy to odzywa się we mnie pycha, ale już wiem, że sam mogę niewiele. Całą nadzieję pokładam w Bogu i wiem, że może zgładzić we mnie wszystkie grzechy.

Dziś Kościół, dobro, msza święta, sakrament pokuty to dla wielu nic nie znaczące, a nawet śmieszne slogany. Czym te wartości są dla Ciebie?
Tak samo uważałem. Dlatego tak długo do Boga dochodziłem. Stało by się to o wiele szybciej, gdybym od razu zaczął od tych sakramentów. Uważałem, iż Kościół to martwa instytucja, i po swojemu dojdę do Boga. Uważałem, że jest to część tradycji, jakieś utarte zwyczaje – obyczaje, które nic w sobie nie kryją.

Czyli reprezentowałeś postawę, jaką często spotyka się w środowiskach punk-rockowych: Jezus-tak, Kościół- nie?
Dokładnie. Dla mnie to teraz niedorzeczna sprawa. Bo jeśli oni mówią: „Jezus-tak, Kościół –nie”, świadczy to o tym, że nie znają Jezusa. Nie wiedzą kim jest i jakie jest znaczenie Jego przyjścia na świat, Jego śmierci. Czym jest dla mnie Kościół? Kościół wcale nie jest tym budynkiem, który tam widzimy za oknem (śmiech). To ciało Chrystusa, które my, ludzie stanowimy. Tak rozumiem Kościół i jak najbardziej poczuwam się do przynależności do tego ciała.

A sakrament pokuty, msza święta?
Są teraz częścią mojego życia. Pokuta to coś wspaniałego- możesz zrzucić każdy ciężar, który narasta na twoich barkach. Wchodzisz do konfesjonału, zrzucasz z siebie ciężar i jesteś znowu czysty. Jesteś jak nowonarodzony. Jesteś jakby znowu ...  dzieckiem (śmiech).

Wyobrażasz sobie Twój dzień bez mszy świętej?
Teraz już nie.

Jak długo chodzisz na mszę nieprzerwanie, codziennie ?
Około roku.

Nie opuściłeś ani jednego dnia?
Staram się. Nie pamiętam, abym opuścił. Tak staram się rozplanować dzień, żeby zawsze - czy to rano, czy wieczorem – iść na mszę.

Czy miałeś problemy z powodu własnej wiary, czy byłeś wyśmiewany, poniżany? 
Nie spotkałem się z takimi bezpośrednimi szyderstwami twarzą w twarz, jakimś opluwaniem... Czegoś takiego nie doznałem. Natomiast po moim nawróceniu, towarzystwo które było mi bliskie, z którym tworzyłem zwartą grupę, zaczęło patrzeć na mnie z niechęcią. Moją zmianę postrzegali jako negatywne zjawisko. Zauważyli, że już nie interesuję się tymi sprawami co oni.

Jak w domu rodzinnym przyjęto twoją decyzję o pójściu do seminarium ? Jest to chyba nieodwracalna decyzja...
Myślę, że tak. Teraz to zależy od woli Bożej. Jak to przyjęli rodzice? Byli na pewno bardzo zszokowani, nie spodziewali się czegoś takiego z mojej strony.

Jerzy Nowosielski: Ostatnia wieczerza, 1965 r
Zszokowani pozytywnie, czy negatywnie?
Nie mogę powiedzieć, że negatywnie, ale  też nie ucieszyli się z tego powodu. Nie planowali dla mnie takiej przyszłości. Myśleli, że będę żył normalnie w rodzinie, będę miał dzieci i tak dalej. Teraz widzę, że już pogodzili się z tą sytuacją. W każdym razie pozwolili mi iść moją drogą, z czego się bardzo cieszę.

Jaki według Ciebie jest człowiek współczesny?
Przede wszystkim coraz bardziej zagubiony. To chyba najtrafniejsza definicja współczesnego człowieka.

Na pewno wiesz o wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych z 11-go września. Co czułeś, jak odebrałeś fakt tego bestialskiego terrorystycznego ataku?
To było szokujące zdarzenie. Jakie miałem odczucia? Sam ich do końca nie rozumiałem. Wydawało mi się, że jestem współwinny temu co się stało. Widziałem to tak, że to co się stało jest skutkiem grzechu całego świata - to spowodowały nasze grzechy, nasze zło. Fundamentaliści islamscy byli tylko bezpośrednią przyczyną, natomiast taką szerszą jest zło które wyszło z nas - grzesznych ludzi. Cały ogrom tego zła, które narosło. Byłem strasznie przejęty poczuciem, że jestem winny. Przypomniałem sobie moje dawne grzeszne życie i czułem, że włożyłem swoją cząstkę w to, co się stało.

Nie zacząłeś chyba na gwałt czytać Apokalipsy?
(Śmiech) Powiem ci, że tam szukałem, dlatego że to rzeczywiście była scena jak z Apokalipsy. Szukałem, ale stwierdziłem, że nie ma sensu tego zdarzenia interpretować. Wyroki boskie są niezbadane, żaden człowiek nie jest w stanie ich zgłębić.

Jesteś bardzo zdolnym poetą. Opublikowałeś kilka wierszy w piśmie literackim „Śląsk”. Czy nadal wysyłasz gdzieś swoje wiersze?
Wysyłam, ale już nie z chęcią zaistnienia w świecie . Myślę, że moja poezja bardzo się rozwinęła. Teraz- gdy jestem na właściwej drodze i poza tym światem- moja poezja kwitnie. Poznaję jakieś nowe treści i zauważam, iż to co tworzę, naprawdę może ludziom pomóc. Teraz w moich wierszach jest zawsze obecny Bóg. Może nie zawsze bezpośrednio...

Uważasz, że Twój talent poetycki pochodzi od Boga? Został Ci dany na jakiś użytek?
Oczywiście, Bóg daje wszystkie talenty i zdolności. Tylko, że właśnie tu tkwi problem. Z jednej strony absorbuje mnie poezja, pisanie, a z drugiej - jest to bardzo ciężko pogodzić z odrzuceniem wszystkiego. Bo
wiadomo, że jeśli chcę się rozwijać w łasce Bożej, muszę wszystko odrzucić. Człowiek, który idzie do Boga, wychodzi z siebie, porzuca siebie i zagłębia się w Bogu. Natomiast poeta zagłębia się w sobie. Strasznie trudno to ze sobą pogodzić. Bardzo wiele udręk kosztuje mnie teraz pisanie. Nie wiem jak to rozwiązać - albo muszę przestać pisać, albo musi mnie to mniej absorbować (śmiech).

Czy diametralne zmiany w Twoim życiu mają wpływ na to, co piszesz? Jeżeli tak, to co zmieniło się w Twojej twórczości?
Co się zmieniło? Przede wszystkim samo nazewnictwo, język. Zauważyłem, że coś zaczęło powstawać w mojej poezji, jakby własny język. Jeden „gość” z czasopisma „Topos” napisał mi, iż zauważył w mojej poezji zaczątki własnego mówienia poetyckiego. Też coś takiego zauważyłem. Wcześniej widziałem to u Wojaczka. Trochę analogicznie idzie ta moja poezja. Rozumiem to tak, że Wojaczek doszedł do pewnego momentu, do jakiejś ściany ,i  już nie umiał pójść dalej. Ja przekroczyłem tą ścianę i idę dalej. Stachura mówił w książce  „Wszystko jest poezją”, że każdy pisarz powinien zdawać sobie sprawę z udziału w maratonie; że ciągnie coś, co zaczęli już inni. Tak to odbieram. Natomiast teraz nawet nie chcę się uważać za poetę. Piszę, ale staram się nie myśleć o tym, co będzie z moją poezją, czy ona w ogóle się kiedyś ukaże, czy nie. Od czasu do czasu wysyłam coś do czasopism. Traktuję to jako powinność poety (śmiech). Staram się zostawiać wszystkie sprawy Bogu. Może uzna, że moja poezja może komuś pomóc. Tak jak poprzez "chrześcijańską muzykę rockową" Bóg w pewnym sensie przemawia do ludzi - tak samo może przez tą moją poezję. Bardzo chciałbym, aby tak było.

Kiko Argüello : Dobry pasterz
Dawniej twoja poezja pełna była życiowego realizmu, nawet naturalizmu, a jednocześnie była bardzo poetycka... Jaka jest teraz?     
Trudno określić, czy jest bardziej poetycka. W każdym razie już odszedłem od takiego prostego, bezpośredniego nazywania rzeczy. Bardziej poszła w stronę mistycyzmu, chociaż właściwie  nie robię tego świadomie. Specyficzne jest to, że ja nie panuję już w ogóle nad tym co piszę. Te treści, które się pojawiają, dla mnie samego są zaskakujące i mnie przerastają.

Kto jest dla Ciebie „księciem poetów”, kogo cenisz?
Szczerze mówiąc, praktycznie zatraciłem czytanie jakichkolwiek poetów.

Kto Cię kształtował wcześniej?
Przez długi czas Miłosz, później Stachura – nie tyle jego twórczość, co sama postawa życiowa, postawa „wzniesionej pięści”. Bardzo mi imponowała, była jakimś wzorem. Takiej postawy, takiego bohatera wtedy potrzebowałem.

Dobrze, że pojawił się ktoś taki?
Tak...ale rozumiem, że czuwał nade mną Bóg i to On mnie prowadził. Błądziłem nadal, ale On mnie już wprowadził na dobrą drogę. A później, w tych ostatnich miesiącach – jak to nazywam – przed nawróceniem, zauważyłem że coraz bliższy staje mi się Wojaczek i jego poezja, że wkraczam w ten obszar, w którym on tkwił. Wcześniej czytałem Wojaczka, ale nie rozumiałem tej poezji. Niezbyt go ceniłem. Uważałem, że jego poezja to zupełny dekadentyzm i właściwie...

Turpizm?
Turpizm też, ale ja to nazywam „śmierć”. Zabrnąłem w obszar „śmierci Wojaczka”. Ten człowiek już trwał w śmierci; zdawał sobie sprawę, że właściwie jest umarły. Wtedy nagle zacząłem rozumieć co odczuwał, o czym pisał. Z tych trzech poetów, których wcześniej wymieniłem, cenię go najbardziej - tą poezję pełną brzydoty i nihilizmu. Ale paradoksalnie  postawa autora „Ballady bezbożnej” jest właściwie głęboko moralna. On po prostu zgłębił dolę człowieka trwającego w grzechu. Doszedł aż do tej ściany. Poznał, że wokół jest tylko mur i nie może pójść dalej.

Kto obecnie jest dla ciebie wzorem do naśladowania, ideałem postawy?
Ideałem oczywiście jest Jezus i Jego życie. Staram się Go naśladować. Mogę także podać przykłady świętych: św. Maksymilian Kolbe – jego świętość po prostu mnie powala, św. Romuald, św. Benedykt ...

Maćku, ostatnie pytanie. Jakie istotne słowa przekazałbyś zagubionemu współczesnemu człowiekowi?
Odrzucając Chrystusa odrzucasz tym samym siebie, swoje prawdziwe ja. Dlatego zaufaj Bogu.

Dziękuję i życzę Ci wszystkiego najlepszego na drodze, którą wybrałeś...

wywiad przeprowadził Tomasz Hikman         

wywiad autoryzowany, niepublikowany

ps od redaktora: Rozmowę z Maćkiem przeprowadziłem bodajże w 2002 lub 2003 r., będąc mocno zainspirowany książką Marcina Jakimowicza pt. "Radykalni" - zbiorem wywiadów z nawróconymi muzykami polskiej sceny rockowej. Cały wywiad z Maćkiem stworzony jest właśnie w poetyce "Radykalnych". Jest to wywiad "na wtedy" - nie wiem obecnie do końca co dzieje się z Maćkiem (według relacji wspólnych znajomych został księdzem katolickim), czy jego poglądy na życie, wiarę i świat nie uległy zmianie. Myślę jednak, iż słowa przez niego wypowiadane mają wymiar na tyle uniwersalny, że bez przeszkód nadają się do wrzucenia na tego bloga.