Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NOCE FILMOWE W RUINACH. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NOCE FILMOWE W RUINACH. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 września 2010

MAGIA REKLAMY?
Noc Reklamożerców

22 sierpnia odbyło się kolejne całonocne wakacyjne spotkanie z dużym ekranem  przygotowane przez kino „Amok” w Ruinach Teatru Miejskiego. W poprzednich tygodniach widzowie mieli okazję przekonać się jak odmienne potrafią być ceremonie weselne w różnych zakątkach naszego globu oraz jakie przeciwności czekają na oblubieńców naznaczonych istotnymi kulturowymi różnicami („Weselna Noc”), a następnie dać się wciągnąć w rozśpiewany i roztańczony wir migoczących świateł, drapieżnych barw, sztucznego blichtru, przesadnej charakteryzacji i niespełnionych ambicji („Noc w Kabarecie”). Jednak skupienie uwagi na  trzech filmach w trakcie jednej nocy  może  nieco męczyć i zapewne niejeden widz podczas któregoś z kolei seansu doszedł do wniosku, że przydałyby się czasem - tak obecne na ekranach domowych telewizorów - przerwy na reklamę ... Jeżeli tak, to tym razem te oczekiwania zostały całkowicie zaspokojone, bowiem tematem kolejnej „Nocy Filmowej w Ruinach” była właśnie reklama.

„Noc Reklamożerców” okazała się na pewno dużym sukcesem komercyjnym (z nieoficjalnych źródeł dowiedziałem się, że liczba widzów grubo przekroczyła 400); sukcesem tym bardziej nieoczekiwanym, że organizowanym i sygnowanym przez kino słynące z ambitnego autorskiego repertuaru, który raczej wielkiej oglądalności nie gwarantuje. Właściwie spodziewałem się, że i tym razem widzów będę mógł policzyć na palcach jednej ręki, bo... kto przyjdzie do kina na reklamy? Chyba tylko jacyś całkowici desperaci... Przecież to zupełnie niedorzeczne płacić za coś, czego o każdej porze dnia można mieć w bród! Przecież reklamy się przełącza a nie ogląda... A tutaj takie tłumy! Widocznie wszechmogąca jest siła reklamy...
Okazało się, że twierdzenie „film filmowi nierówny” można analogicznie odnieść także do reklamy. Zamiast konwencjonalnie nudnych, artystycznie zupełnie nieudanych reklam krajowych pieluszek, proszków do prania czy margaryn zaserwowano widzom wizualne smakołyki  nagradzane w latach 2000 – 2002 na Międzynarodowym Festiwalu Reklamowym w Cannes. 
 
Trzy około półtoragodzinne „bloki reklamowe” ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu oglądało się całkiem dobrze. Widzowie mieli niezaprzeczalną okazję obcować z reklamą jaką nieczęsto mają możliwość oglądać pośród własnych czterech ścian. Tryskającą dzikim humorem (chociażby nagrodzony Grand Prix w 2000 r. zestaw reklam piwa Budweiser), często opierającą się na zaskakujących konceptach (np. reklama pewnej bardzo długowiecznej żarówki; wkręcona żarówka szybko się przepala, jednak po użyciu  kolejnej nastaje jasność, a zdumiony widz spostrzega, że mężczyzna który ją wkręcał postarzał się o jakieś 30 lat! ) , pełną nagłych zwrotów akcji i efektów specjalnych. Nie obyło się bez nawiązań do kina (np. Ikea z lubością przywoływała kino gangsterskie, zacytowano też  Thelmę i Louise). W końcu przełamała stereotyp błyszczącego superwozu majestatycznie mknącego szosą pozbawioną tłocznego industrialnego pejzażu reklama „samochodowa” (płód wyobrażający sobie, że jak dorośnie będzie jeździł BMW). 
 
Nowatorsko i nie przebierając w środkach starano się zachęcić widzów do oglądania pewnego kanału sportowego nadającego program z najdalszych zakątków globu (zaprezentowano drastyczny zestaw dyscyplin np. skok ze skały na główkę czy też chwytanie dłońmi rozpędzonych drewnianych bali, czym wywalczono sobie Grand Prix w 2001 r.). Jednak te wszystkie chwyty mające służyć przywabieniu ewentualnego klienta ustępowały nieco reklamom „społecznym”. Pozbawione cech wspomnianych powyżej opierały się na rewelacyjnej fotografii,  niespiesznym rytmie narracji, częstych zbliżeniach ludzko niedoskonałych twarzy oraz przemawiającej do serca ścieżce dźwiękowej, wywołując efekt głębokiej zadumy (chociażby reklamy przeciw każe śmierci czy olimpiady osób niepełnosprawnych). Wśród laureatów w Cannes nie zabrakło także  rodzimych akcentów („śnieżna” reklama proszku Wizir).

Po projekcji nasunął mi się następujący  wniosek: chcemy czy nie - reklama już  raczej na stałe zadomowiła się w XXI-wiecznym świecie, wychodząc naprzeciw wymaganiom konsumentów, kreując gusta i guściki. Na szczęście – jak udowodniła „Noc Reklamożerców” - potrafi ona także bawić i wzruszać.

Podczas wspomnianej nocy miała miejsce także – w ramach niedawnej rocznicy istnienia „Amok-a” – powerpointowska prezentacja najciekawszych wydarzeń, imprez, premier, oraz sylwetek ludzi związanych z gliwickim kinem.
 
Na zakończenie małe spostrzeżenie. Na afiszu reklamowym zaznaczono, że projekcje uświetni „pożeranie” upieczonego dzika. Nigdzie jednak nie umieszczono informacji, że porcja nie będzie wliczona w cenę biletu...a być może publiczność, zachęcona niecodziennym daniem, właśnie dlatego tak licznie zgromadziła się w ruinach . Ach ta siła reklamy!
"Nowiny Gliwickie", 28.08.2003.
 
dedykowane Tomaszowi Woźniakowi - twórcy strony Wintydż - http://wintydz.tumblr.com/  

ps: W tekście czerwonym kolorem zaznaczyłem fragmenty, które nie znalazły się w druku.Jak mówił mi kolega pracujący wtedy we wspomnianym kinie - ostatni akapit wywołał niemałe zamieszanie pośród dyrekcji i pracowników kina:)

czwartek, 26 sierpnia 2010

 ODJAZDOWE KINO

Jak co roku w sierpniu Kino AMOK przygotowało arcyciekawą propozycję filmową z cyklu Noce Filmowe w Ruinach. Za oknami upał przeogromny; lśniący pot dużymi perłami kapie mi na klawiaturę komputera, a podkoszulek oślizłymi palcami szczypie klatkę piersiową. Lato w pełni. Tłuste owady bzyczą radośnie, psy - ani myśląc o szczekaniu - leniwie wylegują się na posadzkach jednorodzinnych domków, „drzewa umierają stojąc”, a ludzie przeważnie marzą o tym, aby schłodzić rozpalone ciała w zbiornikach wodnych kąpieliska Leśnego, tudzież innych Czechowic. Perspektywa spędzenia trzech weekendów pod rząd (wliczając piątki) w zawsze przyjemnie chłodnych Ruinach Teatru Miejskiego brzmi niezwykle obiecująco, kontrastując z  gorącym tegorocznym repertuarem Nocy Filmowych. Noce zainauguruje

ODJAZDOWY WEEKEND (15-17.08.)
 
ODJAZDOWY WEEKEND to różne odcienie „filmu drogi” („Road movie” ) – odmiany  ”kina gatunków”. Jego właściwe datowanie zaczyna się wraz  z nastaniem okresu kontestacji (przełom lat 60/70) na Zachodzie i w USA, a za sztandarowe dzieło uchodzi  Swobodny Jeździec (1969) Dennisa Hoopera – pochwała wolności rozumianej w duchu hippisowskim -  poprzedzony m.in. literaturą beatników (szczególnie  W drodze  Jacka Kerouaca, 1957). Potem kino coraz częściej zaczęło podejmować motyw wędrówki, kładąc jednak nacisk na  różne akcenty problemowe - ucieczkę przed stróżami prawa po złamaniu norm prawnych (chociażby  Bonnie i Clyde ; Ucieczka gangstera; Znikający punkt; Thelma i Louise), ucieczkę od szarej codzienności w świat silnych emocji (Las Vegas Parano), poszukiwanie tożsamości, własnego miejsca w życiu (filmy Wima Wendersa; Moje własne Idaho), podróży samej w sobie (Exils ; Dzienniki
kadr z Wniebowziętych
motocyklowe) czy wreszcie jałowości wszelkich podróży (wczesne filmy Jima Jarmuscha) - korzystając przy tym z różnej estetyki (np. thrillera –Autostopowicz, Kalifornia ; filmu gangsterskiego –Prawdziwy Romans, Urodzeni Mordercy ; biograficznego dramatu  - Prosta historia; filmu „nowej przygody” –  Mad Max).Wiecznym tułaczem był przecież także - wiele lat wcześniej - tramp Chaplina czy też  - dużo później  -„nasz” duet kreowany przez niezapomnianych Maklakiewicza i Himilsbacha...

Kochankowie Sailor (Nicolas Cage) i Lula (Laura Dern) z  Dzikości serca (1990) Davida Lyncha - jednego z najważniejszych filmów lat 90., laureata Złotej Palmy w Cannes, apoteozy założeń postmodernizmu w kinie epoki „przedtarantinowskiej” – podróżują  różowym kabrioletem po pustynno-górzystym południu USA, uciekając przed zbirami nasłanymi przez matkę dziewczyny, niechętną  niebezpiecznemu związkowi. Ucieczka przed społeczeństwem pełnym skostniałych obyczajowych norm, krępujących zakazów i  nakazów kończy się w Big Tuna - „miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc”... 
Wszystko za życie
Także na ucieczkę (przed materialnym dobrobytem oraz konsumpcjonistyczną nudą powodowaną globalizacyjno-kapitalistycznymi regułami gry)  decyduje się Christopher McCandless , bohater na poły biograficznego filmu  Wszystko za życie (2007) Seana Penna. Tuż po ukończeniu prestiżowej uczelni wyższej rozdaje pieczołowicie nagromadzone oszczędności i – zaopatrzony jedynie w przedmioty potrzebne do przetrwania – wyrusza w pełną przygód wędrówkę na pustynie stanu Alaska (w takt akompaniamentu muzyki wokalisty Pearl Jam - Eddie Veddera) .
Zupełnie inna idea podróży przyświeca dwóm siedemnastoletnim bohaterom (w jednej z ról nowe latynoskie bożyszcze kobiet - Gael García Bernal)   I twoją matkę też (2001) Alfonso Cuarona. Pełna nieskrępowanej młodzieńczej radości podróż samochodem po skąpanym w słońcu Meksyku stopniowo nabiera znamion
Broken Flowers
poważnej inicjacji w dorosłość. Natomiast w odwrotną stronę wyrusza bohater  Broken Flowers (2005) Jima Jarmuscha – mężczyzna w średnim wieku o imieniu Don (Bill Murray). W odpowiedzi na anonimową depeszę informującą o posiadaniu syna, odwiedza kobiety swojego życia przemierzając niełatwą drogę dzielącą przeszłość od teraźniejszości. 
Ale podróżować można także w tonacji „mniej serio”, zwłaszcza pociągiem, jak to ma miejsce w nowelowym filmie  Bilety (2005) zrealizowanym przez mistrzów kina współczesnego (Olmi, Kiarostami, Loach) - nasyconym obyczajowym humorem powstałym w efekcie wyodrębnienia różnic kulturowych, oraz  w zupełnie zwariowanym  Pociągu do Darjeeling  (2007) Wesa Andersona.  
Dla ochłody muszę dodać, że na większość z w/w gorących filmów posypał się prawdziwy deszcz nagród. 
ODJAZDOWY WEEKEND to szczególna gratka dla tych, którzy podczas wakacji zostali w domach, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. A piękna pogoda sprzyja przecież podróżowaniu, chociażby wraz z bohaterami wspomnianych filmów czy też w wyobraźni, siedząc w wygodnych fotelach kinowej sali...
ukazał się w "Nowinach Gliwickich" 13 sierpnia 2008 r.

czwartek, 5 sierpnia 2010

CZESKI FILM... - SVERAK, OJCIEC & SYN

Za nami pierwsza odsłona cyklu Noce Filmowe w Ruinach, i zapewne warto było wybrać się w szaloną i niebezpieczną podróż z  Sailorem  -  nie rozstającym się z  „kurtką z wężowej skórki, symbolem  jego  osobowości i wiary w wolność jednostki”  - i pełną sprzeczności Lulą (Dzikość serca); nieco nostalgiczną z Donem (Broken Flowers); pełną młodzieńczej werwy i zapału z Juliem i Tenochem (I twoją matkę też); komiczną i „duchową” podróż do Indii z trzema nieobliczalnymi braćmi ( Pociąg do Darjeeling ); pełną nieporozumień i zamieszania będącą udziałem interesującego panteonu postaci z kibicami Celticu Glasgow na czele (Bilety) czy wreszcie zaliczyć prawdziwy survival z outsiderem Christopherem ( Wszystko za życie ).
 A gdy po tych wszystkich wrażeniach i atrakcjach związanych z odbytymi podróżami zakręciło się nam w głowach, czujemy się zmęczeni i nieco skołowani, najlepszym lekarstwem na dojście do pełnej sprawności i całkowite zrozumienie zaistniałych w drodze „okoliczności przyrody” wydaje się...
CZESKI FILM...

Ten popularny w języku polskim związek frazeologiczny (który swój rodowód zawdzięcza filmowi produkcji czechosłowackiej pt.  Nikt nic nie wie) odnosi się do zupełnie „zakręconej” sytuacji, w której kompletnie „nie wiadomo, o co chodzi”. Od razu  nasuwa się pytanie: czyżby filmy sąsiadów były tak bardzo dla nas niezrozumiałe? To dziwne zważywszy, iż filmy sławnej - czechosłowackiej jeszcze - Nowej Fali lat. 60 ubiegłego wieku  cieszyły się w naszym kraju dużą popularnością i po dziś dzień są wyjątkowo chętnie oglądane, że wspomnę tylko Miłość blondynki, Pali się moja panno– oba w reżyserii  Formana, Pociągi pod specjalnym nadzorem  Menzla, Straszne skutki awarii telewizora J.Papouska. Specyficzny, nieco rubaszny humor – znajdujący także wyraz w prozie Haska i Hrabala - w połączeniu ze znakomitą
obserwacją obyczajowości barwnych, a jednocześnie niezwykle swojskich lokalnych społeczności stwarzał piorunującą mieszankę wybuchową. Lata 90. to ponowny wybuch Czeskiego kina , który trwa po dziś dzień. Praska Szkoła FAMU legitymuje się renomą na skalę światową, a cechy stylu dawnych mistrzów zostają uzupełnione o interesujące portrety psychologiczne bohaterów, najczęściej ludzi młodych, wrzuconych w nową niełatwą rzeczywistość „po opadnięciu Żelaznej Kurtyny”. Filmy Zelenki   (Guzikowcy,Opowieść o zwyczajnym szaleństwie)  , Hrebejka i Jarchovsky’ego (Na złamanie karkuNiedźwiadek ) czy Ondricka ( Samotni ) święcą dziś prawdziwe sukcesy na europejskiej mapie kina dzięki bezpośredniemu poruszaniu uniwersalnych problemów podobnie rozumianych i przeżywanych pod różnymi szerokościami geograficznymi.
Jednak największe sukcesy na arenie międzynarodowej stały się udziałem filmów  Sveraków (syna
Jana - reżysera, aktora, producenta oraz ojca Zdenka - scenarzysty i aktora). Ich filmy zostaną zaprezentowane podczas Nocy Filmowych w Ruinach w bloku pt. CZESKA JAZDA, czyli SVERAK, OJCIEC & SYN (22-24.08). Charakterystyczne elementy czeskiego kina, na czele z ciepłym humorem i nieskrywaną sympatią twórców do swoich ludzko niedoskonałych filmowych bohaterów, u Sveraków  wzbogacone zostały o polityczne i społeczno-obyczajowe konteksty (które nie dominują nad całością opowiadanych, niezwykłych historii, a jedynie czynią je bardziej rzeczywistymi, umiejscawiając na tle wydarzeń najnowszej historii Czech i Słowacji). Ma to miejsce chociażby w pewnego rodzaju trylogii będącej największym artystycznym sukcesem Sveraków, na którą składają się :  Szkoła podstawowa  (1991, nominacja do Oscara w kategorii „najlepszy film zagraniczny”),  Kola  (1996, m.in. Oskar i Złoty Glob w kat. „najlepszy film zagraniczny”) i  Butelki zwrotne (2007, nagroda publiczności i nagroda specjalna na Festiwalu w Karlovych Varach ).
 Szkoła podstawowa  to nieszablonowa historia o dzieciństwie, bardzo różna od standardowych filmów amerykańskich  dotykających podobnych tematów. Dziecięca radość przejawiająca się w rytuałach i zabawach kontrastuje  tutaj z niełatwym okresem pomiędzy zakończeniem okupacji niemieckiej, a pojawieniem się „Wielkiego brata” – Sowietów. Rewelacyjny Kola  przedstawia losy starego kawalera
Frantiska - wiolonczelisty, a jednocześnie malarza nagrobków – w ostatnich latach socjalizmu. Nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, iż musi zaopiekować się sympatycznym rosyjskim chłopcem – Kolją, dzięki któremu jego dotychczasowe życie ulega zmianie. Uwieńczeniem trylogii są  Butelki zwrotne: dojrzała opowieść o pięknej starości i pogodzeniu się z życiem, której głównym bohaterem jest Josef -  były nauczyciel języka czeskiego, obecnie „pan od recyclingu” butelek -   usiłujący radzić sobie w czasach kapitalizmu. Zdenek Sverak  - pomimo zupełnie różnych imion bohaterów – kapitalnie wykreował we wspomnianych filmach złożoną postać opartą na antynomiach: inteligenta-filozofa, a jednocześnie człowieka, który „żadnej pracy się nie boi”; człowieka poważnego, doświadczonego życiowo, a przy tym niepoprawnego  kobieciarza.
 Podczas  retrospektywy twórczości Sveraków – która na szczęście zawitała w końcu także do Gliwic –
będziemy mieli okazję zapoznać się  również z pozostałymi ważnymi filmami w ich dorobku : z krótkometrażową groteską o zabarwieniu ekologicznym pt.  Ropojady  (1988, Studencki Oskar dla najlepszego krótkometrażowego filmu obcojęzycznego) ,  kultowym czeskim filmem drogi  pt.  Jazda (1994, m.in. Kryształowy Glob na Festiwalu w Karlovych Varach), ostrą satyrą na społeczeństwo uzależnione od telewizji pt. Akumulator 1 (1994, Złoty Kruk na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych w Brukselii), wojenną historią miłosną pt. Ciemnoniebieski świat (2001, nagrodzoną Czeskimi Lwami) oraz z dokumentem poświęconym nietuzinkowemu Zdenkovi Sverakowi pt.  Tatinek  (2005).
 Pozostaje tylko zanurzyć się w cudowny  filmowy świat  wykreowany przez Jana (porównywanego z samym Milosem Formanem) i Zdenka Sveraka ...
    Artykuł opublikowany w "Nowinach Gliwickich", 20 sierpnia 2008
Noc używek i nałogów

19 sierpnia w Ruinach Teatru odbędzię się kolejna noc filmowa w ramach wakacyjnego cyklu organizowanego przez kino Amok. Tym razem  niewątpliwa uczta dla wielbicieli ambitnego, artystycznego kina: pełnego niebanalnych dialogów, żywych wiarygodnych postaci, refleksyjnej zadumy nad sensem  kontaktów międzyludzkich, a z drugiej strony – relacji z ich cyklicznej zwyczajności oraz ironicznej nieprzewidywalności wdzierającej się codzienność bohaterów.
Noc używek i nałogów otworzy, nagradzany na wielu międzynarodowych festiwalach (m.in. Srebrny Niedźwiedź i Nagroda Specjalna Jury na MFF w Berlinie) -Dym (1995) Wayne Wanga i Paula Austera (skądinąd znanego postmodernistycznego, czy raczej  metafizycznego   pisarza). Dym to swego rodzaju filmowe zjawisko, moim zdaniem bezprzecznie jedno z najbardziej udanych i najciekawszych dokonań kina lat 90. W dobie królowania krwawych pastiszów Tarantino, alogicznych fabuł i wizualno-dźwiękowych majstersztyków Lyncha, intertekstualnych gier braci Coen, jawnych komiksowych odwołań Kevina Smitha, kolejnych formalnych eksperymentów twórców związanych ze „środowiskiem Sundance” czy też coraz częstszego korzystania z „poetyki MTV” - Dym był z pewnością propozycją odmienną: to także kino
postmodernistyczne, z tą różnicą  jednak, iż bierze samo siebie w  umowny cudzysłów, a konteksty, aluzje i cytaty funkcjonują samoistnie w przestrzeni filmowej dzieła; w którym na poziomie narracji roi się od opowiadanych historii (prawd, pół –prawd czy nawet kłamstw, w które zostają wciągnięci bohaterowie). Dostrzec można analogie z filmami Jarmuscha: pełnymi zrozumienia dla niedoskonałych, a przez to wiarygodnych, spowitych w teraźniejszości postaci; rozmów, wspomnień, oczekiwań i niezałatwionych spraw;     dyskretnego humoru; celowo nieśpiesznego (antyhollywoodzkiego) tempa akcji; sympatii dla lokalności. Film jest kompilacją kilku nakładających się wątków, krzyżujących losy bohaterów. Poznajemy sprzedawcę w tytoniowym sklepie – Auggiego (jak zwykle świetny Harvey Keitel), który po latach dowiaduje się, że ma dorosłą córkę, notabene narkomankę (Ashley Judd); niespełnionego pisarza Paula (John Hurt) przeżywającego niedawną śmierć ukochanej żony; Rashida (Harold Perrineau Jr.) – nieco zagubionego, trudnego aczkolwiek sympatycznego czarnoskórego nastolatka, który posród licznych perypetii spotyka swego prawdziwego ojca –  Cyrusa (Forest Whitaker, pamiętny Ghost dog z filmu Jarmuscha), kalekę który spowodował samochodowy wypadek, w którym zginęła jego żona. Powolny rytm narracji, długie (dziś wręcz niemodne) ujęcia, rozważania i rozmowy postaci nadają filmowi charakter poetyckiej metafory. Brooklyn -tętniący własnym życiem, często rządzący się regułami gry na pograniczu „faul” – staje się centrum rozwoju wydarzeń. Z filmu przebija podskórna metafizyka, wiara w drugiego
człowieka i w sens nawiązywania dyskursu z innymi. Z przyjemnością się do niego wraca, by znów poczuć zapach wielu gatunków tytoniu w trafice Auggiego (ten mikroświat stał się miejscem akcji w zrealizowanym jeszcze w 1995 r. przez tych samych twórców obrazie pt. Brooklyn Boogie , w którym zagrał nawet sam Jim Jarmusch! ). „Nigdy tego nie pojmiesz, jeśli nie zwolnisz, przyjacielu” – mówi  Auggie, pokazując Paulowi fotografie robione przez wiele lat, codziennie o tej samej godzinie na rogu sklepu (próba oswojenia miejsca i czasu?); na kilku zdjęciach pisarz rozpoznaje zmarłą żonę. „Zwolnij, przyjżyj się, pomyśl, zatrzymaj choć na chwilę” – zdają się mówić twórcy filmu do współczesnego człowieka i widza – „nie pędź tak, bo przegapisz to, co w życiu istotne”. 
Podobny wydźwięk niesie film Jima Jarmuscha Kawa i papierosy (2003). To zestaw 11 czarno-białych etiud, w których śledzimy interesujące spotkania i konfrontacje rozmaitych typów osobowości, odbywające
się niezmiennie przy białej filiżance czarnej kawy (czasem przy stoliku nakrytym obrusem w szachownicę, co wspaniale uzupełnia kontrastowość barw). Postacie (zagrane przez całą gamę   przedstawicieli popkultury m.in.: kultowych muzyków - Iggy Popa i Toma Waitsa; raperów - GZA i RZA; „rockowe rodzeństwo” Whitestripes; tzw. aktorów charakterystycznych - Steve’a Buscemi i Alfreda Molinę; odnoszących oskarowe sukcesy -Roberto Benigniego, Cate Blanchett, Billa Murray’a) pijąc kawę i paląc papierosy, omawiają różnorodne tematy: wizyty u dentysty, sobowtóra i otyłości    Elvisa Presleya, twórczości muzycznej, rodzinnych korzeni... Wspaniałe, pełne świeżości kino obyczajowe, podszyte ciekawymi kontrapunktami, efektownymi puentami poszczególnych etiud,  często absurdalnymi  dialogami i  ironicznym humorem. Ma wszelkie dane, by stać się dziełem kultowym.    
 Ostatni film to kooprodukcja argentyńsko-hiszpańsko-meksykańska Nikotyna (2003) Hugo Rodrigueza.  To już nieco inne kino: „nowoczesna” w warstwie formalnej (stopklatki, powiększenia detali, żywszy montaż,
dzielenie ekranu na kilka części) historia młodego  speca komputerowego mającego dostarczyć gangsterom kody do kont szwajcarskich banków, obsesyjnie zakochanego w sąsiadce (w której mieszkaniu ma zainstalowaną kamerę). Nieszczęśliwy splot wydarzeń powoduje, iż chłopakowi mylą się płyty cd: mafiosi dostają grającą na instrumencie sąsiadkę.  Uruchamia to całą machinę przypadków, a film zamienia się w pełną czarnego humoru i  ekscentrycznych  postaci (wciąż rozmawiających o paleniu), opowieść z  pogranicza kina Tarantino i Guya Ritchie. Warto zobaczyć.
Przed nami kolejna ciekawie zapowiadająca się noc filmowa. Widzowie nie będą zawiedzeni.
Artykuł ukazał się w "Nowinach Gliwickich" , nr 33 , 18.08.2005
NOC MŚCICIELI: Bruce Lee, Tarantino, Rodriguez

Po przygodzie filmomaniaków z horrorem (5.08.), w kolejną piątkową noc (12.08.) w Ruinach Teatru przyjdzie czas na mocną dawkę kung-fu, kina samurajskiego oraz sensacyjnego. Nie zabraknie również atrakcji dla wielbicieli japońskiego filmu animowanego (anime) i postmodernistcznego komiksu. Szybką akcję, silne emocje i świetną zabawę z pewnością zagwarantują: jedna z największych ikon kina - Bruce Lee (legendarne już Wejście smoka) , jasnowłosa Uma Thurman z nieodłącznym samurajskim mieczem (Kill Bill cz. I i II) oraz panteon niesamowitych postaci z ekranizacji kultowego komiksu Franka Millera (Sin City – Miasto grzechu).  Noc mścicieli zapowiada się naprawdę rewelacyjnie!
Według planu, wieczór zacznie już o 18:30 Wejście smoka (1973) Roberta Clouse’a, współprodukcja Hongkong/USA, która sprawiła iż zachód (w tym Hollywood) zwrócił baczną uwagę na filmy z gatunku kung-fu  -  którego kolebką był Hongkong i wytwórnia Shaw Brothers, a prawdziwy rozkwit nastał wraz z założoną w latach 70. przez Raymonda Chow wytwórnią Golden Harvest. Wejście smoka zaliczane jest do najwybitniejszych fimów w historii gatunku, a niewysoki (169 cm)
Bruce’a Lee (prawdziwe nazwisko Lee Yeun Kam), zwany Małym Smokiem - za jego największą gwiazdę. Bruce Lee (twórca opartego na technikach azjatyckich pierwszego amerykańskiego stylu walki:  jeet kune do - technika „przechwytywania” pięści) gra shaolińskiego mistrza sztuk walki, Lee, który przyjmuje zlecenie brytyjskiego wywiadu: udział w turnieju kung-fu (pomysł stał się potem inspiracją dla wielu filmów m.in. Krwawego sportu) na silnie strzeżonej wyspie, co ma na celu zdemaskowanie i pojmanie jej właściciela, wychowanka klasztoru Shaolin, obecnie trudniącego się produkcją narkotyków  i handlem żywym towarem  - Hana. Lee gnany pragnieniem zemsty na zabójcach swojej siostry i ukarania Hana za sprzeniewierzenie się świętym zasadom klasztoru rozpoczyna niebezpieczną misję... Tak przedstawia się intryga filmu, która – mimo dostrzegalnych cytatów i nawiązań do pierwszego filmu o przygodach Jamesa Bonda pt. Doktor No - jest tylko pretekstem do  pokazania efektownych pojedynków z udziałem Bruce’a Lee oraz innych mistrzów martial arts (Angeli Mao, Jima Kelly, młodego Samo Hunga czy późniejszej gwiazdy gatunku Bolo Yeunga). Siłą filmu jest także muzyka ciekawie współgrająca z opowiadaną historią, udane retrospekcje losów bohaterów, 
oraz sekwencja kulminacyjnej walki między Lee a Hanem, rozpoczętej na dziedzińcu, a zakończonej w  komnacie pełnej luster.  Jak to się stało, że film sprzed ponad 30 lat nie postarzał się i jest nadal chętnie oglądany? Odpowiedź jest  następująca : stosujący wysokie kopnięcia, szybkie ciosy dłońmi, technikę walki  bronią nunchaku, pełen magnetycznego przyciągania, pokrwawiony, wściekły, wydający dzikie odgłosy Bruce Lee, dla którego był to niestety ostatni ukończony film przed nagłą, zagadkową śmiercią. Być może bez legendy Bruce’a Lee w świecie filmu nie byłoby Jackie Chana, Norrisa,Van Damme’a , Seagala i innych...
Być może – jak sądzą niektórzy - nie byłoby też dwóch części Kill Billa (2003) Quentina Tarantino, ale  w-g mnie jest to zbyt daleko posunięta refleksja. Owszem,   bazują one na całej mitologii hongkońskich filmów kung –fu (wspaniałe , przerysowane sekwencje walk; motyw zemsty; kodeks honorowy; wyczerpujący trening u mistrza), ale nie tylko...  Tarantino, chyba największy – obok Davida Lyncha i braci Coen - twórca  ponowoczesnego kina, ma do zaproponowania o wiele więcej: pastiszową konwencję na granicy kiczu, grę aluzji i cytatów, liczne zapożyczenia oraz odwołania do filmów samurajskich (które ostatnimi czasy - m.in. za sprawą Ghost Doga Jima Jarmuscha, czy chińskich Hero i Dom latających
sztyletów Zhanga Yimou -przeżywają drugą młodość) , postaci znanych z kina klasy B , scenerii i muzyki rodem ze spaghetti westernów Sergio Leone, a nawet komiksu, japońskiego filmu anime (kilkuminutowy film anime wpleciony w akcję części I to prawdziwy majstersztyk), kina drogi i horroru. Koegzystują obok siebie elementy dramatu zemsty, czarnej komedii  i słodko-gorzkiej ironii, spowite raz krzykliwymi kolorami, to znów licznymi czarno-białymi retrospekcjami, różnorodnymi ujęciami kamery, świadomymi błędami montażowymi i fantastyczną kompozycją kadru. Czarna mamba (Uma Thurman), najniebezpieczniejsza płatna zabójczyni klanu Śmiercionośnych Zmij, w dniu swojego ślubu zostaje zdradzona przez Billa (swego czasu nazywany najsłabszym „aktorem” filmów sztuk walki – David Carradine), swojego byłego kochanka i szefa. Z masakry zgotowanej przez klan cudem uchodzi z życiem. Lecząc rany, obmyśla plan zemsty... Bardzo szybka i widowiskowa cz.I, ustępuje miejsca nieśpiesznej, refleksyjno - obyczajowej cz. II... Znakomite kino z plejadą  aktorów charakterystycznych...
To samo można powiedzieć o ochrzczonym mianem „Pulp Fiction XXI” Sin City – Miasto grzechu (2005) Roberta Rodrigueza (reżysera m.in. Desperado i Od zmierzchu do świtu) i Franka Millera (kultowego twórcy komiksów m.in. Daredevil, Elektra, Ronin, Batman czy właśnie Sin City), sensacyjnej, bezpardonowej, mrocznej grotesce rozgrywającej się w spowitym w deszczu mieście bezprawia, w którym króluje anarchia, przemoc i układy. Trzy swobodnie powiązane historie - próbujących w mieście chaosu zaprowadzić
porządek - niejednoznacznych obrońców słabszych (niezniszczalnego twardziela Merva – znakomity powrót Mickeya Rourke ; udającego się na emeryturę policjanta Hartigana – Bruce Willis; fotoreportera Dwighta – Clive Owen), wciąż natykających się nowe przejawy amoralności i grzechu (że wspomnę tylko milczącego mordercę-kanibala, zepsutego kardynała, jego brata senatora mającego zwyrodniałego syna – pedofila i zabójczy gang prostytutek). W większości czarno-biały (poza intensywnymi kolorami szczegółów np. sukienka, niebieskie oczy; hetolitry krwi pozbawione są koloru), wykorzystujący na niespotykaną dotąd skalę możliwości fotografii cyfrowej i obróbki komputerowej film jest z pewnością jednym z największych wydarzeń filmowych tego roku i chyba najwierniejszą adaptacją komiksu. To także przepis na to, jak powinien wyglądać  nowoczesny, zacierający granice dobra i zła - film noir. Warto zobaczyć.Ciekawostką jest, iż jedną z krótszych sekwencji wyreżyserował sam Tarantino.  
Najbardziej spójny tematycznie, a estetycznie różnorodny dobór filmów pośród tegorocznych Nocy. Odradzam jednak widzom lubiącym pozbawione przemocy, bardziej tradycyjne kino gatunków. 
Artykuł opublikowany w "Nowinach Gliwickich", nr 32 , 11.08.2005
Noc krwawych horrorów


5.08. w Ruinach Teatru odbędzie się Noc krwawych horrorów – pierwsza część  cyklu Noce Filmowe w Ruinach przygotowanego przez kino „Amok”. Coś specjalnie dla wielbicieli rządnych ekscytującego dreszczyku, kontaktu z nienazwanym, porcji soczystej makabry i efektów specjalnych, upiornych charakteryzacji, tajemniczych plenerów, oraz fantastycznych opowieści o istotach z zaświatów  i nawiedzonych domach.                                                                                      Wybór horroru jako gatunku godnego zaprezentowania na tego typu imprezie nie może nikogo dziwić , wszakże w ostatnich latach zaobserwować można jego prawdziwy renesans: obok mizernej jakości licznych s
equeli wyświechtanych wątków i tematów  (m.in. Krzyku, Kruka, Wysłannika piekieł, Laleczki Chucky); niepotrzebnych prequeli (Egzorcysta 4: początek); koszmarnie słabych pseudohorrorów powstałych na motywach gier komputerowych (Resident evil, House of the dead, Alone in the dark); kosztownych remake’ów zasłużonych klasyków prezentujących zazwyczaj poziom daleki od pierwowzorów (m.in. Teksańska masakra piłą mechaniczną, Swit żywych trupów, Amityville, Dom woskowych ciał), nieco rozwlekłych seriali tv według scenariuszów Stephena Kinga (Czerwona róża, Szpital „Królestwo") - powstały filmy które zaproponowały ponowoczesną refleksję nad gatunkiem, odświeżyły jego skostniałe ramy (chociażby gotyckie dziełko Inni Alejandro Amenabara, drastyczny, nazwany „teksańską masakrą piłą mechaniczną XXI w.” - Dom tysiąca ciał  Roba Zombie czy przełamujący schematy Underworld Lena Wisemana), a nowe życie  tchnęła weń - wraz ze światowym sukcesem Ringu Hideo Nakaty -  japońska „nowa fala” , proponując – zazwyczaj pozbawione   okrucieństwa - niesamowite historie o duchach rozgrywające się w  miejskich metropoliach (m.in. seria Ringu, cykl Ju-on, Dark Water, Kairo), które  szybko zostały zauważone przez Amerykanów, co spowodowało falę ich hollywoodzkich remake’ów. 
Pierwszym filmem zaprezentowanym podczas nocy będzie Teksańska masakra piłą mechaniczną (2003), remake kultowego już slashera (odmiany horroru, której „bohaterami” są  wciąż powracający do życia szaleńcy z ostrym narzędziem w ręku) Tobe Hoopera z 1973 r. Historia rozpoczyna się jak typowy horror o nastolatkach, jakich ostatnimi czasy wiele. Kilkoro młodych ludzi wybiera się samochodem na długą wycieczkę po Teksasie. Gdzieś w drodze do Dallas, po kilkunastu minutach filmu, niespodziewanie kończy się beztroska atmosfera, spowodowana wakacyjnym klimatem, damsko – męskim „przekomarzaniem się” , oraz wypalonymi jointami. Pech sprawia, że zabierają będącą pod wpływem ostrego szoku autostopowiczkę, która kilka chwil później z niewyjaśnionych przyczyn odbiera sobie życie, pozostawiając na tylnym siedzeniu krwawe ślady. Wezwany policjant od początku wydaje się dziwny... W ten sposób zaczyna się pełna obłędu i szaleństwa, przyprawiona czarną groteską opowieść o farmie znajdującej się w miejscu „gdzie diabeł mówi dobranoc” i jej przerażających mieszkańcach. Mroczny las oraz rzeźnia pełna padliny staną się otoczką dla rozgrywającego się dramatu walki o życie. Interesujący obraz Marcusa Nispela wypada nieźle na tle wielu nowych filmów grozy, brakuje mu jednak pewnej surowości, klaustrofobicznej kameralności i chorej do granic możliwości atmosfery głośnego pierwowzoru. Ciekawym nowym zabiegiem jest  zamknięcie opowieści w quasi dokumentalnej klamrze.          
Potem przyjdzie czas na Klątwę (2004) – amerykański remake japońskiego Ju-on - the grudge reżyserowany przez twórcę oryginału Takashi Shimizu. Trudno dziś połapać się w numeracji Ju-on: dotychczas powstało 5 filmów tej serii stworzonych przez tego samego reżysera (dwa telewizyjne filmy Ju-on, które zdobyły znaczną popularność, co zaowocowało kinowymi Ju-on – the grudge 1 i 2, a potem remake’m amerykańskim; w 2005 r. zapowiedziana jest premiera japońskiego Ju-on – the grudge 3, oraz amerykańskiego The Grudge 2) i o dziwo wszystkie zasługują na uwagę. To sprawnie opowiedziane, posługujące się symbolem i niedopowiedzeniem, często zrywające z chronologią i wątkiem przyczynowo – skutkowym przerażające historie o duchach zamieszkujących dom , w którym kiedyś miała miejsce tragedia.Wzbogacony solidną 
porcją efektów specjalnych i jeszcze lepszą oprawą dźwiękową amerykański remake nie dorównuje jednak jakości pierwowzoru, jednemu z najlepszych horrorów XXI wieku. Dezorientację i niedopowiedzenia  zastąpiono jasną chronologią i większą dosłownością.
Ostatni film widzowie mogą wybrać sami z dwóch propozycji (pisząc na adres biuro@amok.gliwice.pl) , także zaliczanych do japońskiej „nowej fali”. Dark Water (2002) to  kolejny  głośny film Hideo Nakaty, twórcy Ringu 1 i 2, rozgrywający się w zaniedbanym budynku mieszkalnym, do którego   wprowadza się młoda rozwódka z córką. Problemy z odnalezieniem się w nowej sytuacji potęguje stale cieknąca z sufitu  woda...Budynek skrywa smutną tajemnicę, która nieoczekiwanie wkracza w  życie nowych lokatorów... Dark Water to pozbawiony przemocy, stylowy film grozy, który straszy przede wszystkim atmosferą zakorzenioną w kłopotach współcześnie żyjących ludzi. Rozległe tło obyczajowe sprawia jednak, iż film trochę się dłuży.
Drugi z filmów do wyboru to Gra wstępna (1999) Takashi Miike, twórcy specjalizującego się raczej w produkcjach nisko budżetowych i nieco awangardowych  (przegląd jego twórczości odbył się niedawno w Cieszynie w ramach Festiwalu „Era Nowe Horyzonty”). Gra wstępna przez ponad godzinę jest raczej nieco sentymentalnym  filmem obyczajowym: wdowiec Aoyama nie mogąc znieść ciągłej samotności decyduje się na zawarcie kolejnego małżeństwa. Nieśmiałość sprawia, że szuka on żony wśród dziewczyn zgłaszających się na casting do filmu jego przyjaciela. Wpada mu w oko piękna i nieco skryta dziewczyna, z którą wkrótce zaczyna się umawiać. W uporządkowany świat wkracza nagle mroczna tajemnica rodem z dzieł Davida Lyncha, a widz  gubi się w plątaninie dziwacznych wydarzeń i snów. Film jest  małą rozprawką na temat samotności, oraz niemożności porozumienia między kobietą i mężczyzną. Propozycja ambitna, aczkolwiek nie każdemu przypadną do gustu mocne efekty wzięte z kina gore (makabryczne momenty katowania ofiary, odcięte części ciała).
Noc krwawych horrorów zapowiada się dość interesująco, może dziwić jednak tytuł Nocy (nie wszystkie prezentowane filmy epatują krwią) oraz dobór filmów (tematycznie nie całkiem spójny). Łączy je jedno: dostarczają solidnej porcji bezpiecznego strachu. A przecież tego widzowie od horrorów oczekują.  
Artykuł ukazał się w "Nowinach Gliwickich" , nr 31, 4.08.2005
Ręka, noga, mózg na ścianie...

Padając ofiarą okrutnego żartu kolegów, mało rozgarnięty basenowy woźny ląduje w  pojemniku ze zgniłozielonymi, bulgoczącymi zanieczyszczeniami. Od teraz - uzbrojony w nieodłącznego mopa , ubrany w strój baletnicy - staje się postrachem wszystkich złoczyńców w Tromaville, zmutowanym superbohaterem o imieniu Toxie (Toksyczny mściciel).
Nowym zadaniem lokalnej nowozelandzkiej „drużyny A”  staje się unicestwienie kosmitów przerabiających ludzkie mózgi na odżywczy napój.W ruch idzie arsenał broni nie mniejszy niż łącznie we wszystkich filmach o Johnie Rambo. Najpierw oczywiście należy wypróbować bazookę na poczciwie pasącej się owieczce...(Zły smak). Angielski gentleman - Lionel ma do wypełnienia nie lada zadanie: musi zaopiekować się nie znającą dobrych manier hordą zombie. A gdy  matka zjada psa jego dziewczyny, a ksiądz i pielęgniarka wyraźnie mają się ku sobie i nie umieją zachować się przy stole, zdesperowanemu biedakowi pozostaje jedynie sięgnąć po piłę łańcuchową...(Martwica mózgu).                                                                      Mało?Wszystko to już widzieliście? A zakolczykowanego Romea mówiącego slangiem przemieszanym z literacką angielszczyzną Szekspira?Wesołe amerykańskie dzieci grające w piłkę odciętą głową (Tromeo i Julia)?A krwawą wendettę dokonaną przez babcię na grupie surferów –neonazistów (Surfujący naziści muszą umrzeć)? Radośnie śpiewających traperów – kanibali (Cannibal! The Musical) ?  
Galaretowatą kosmiczną maź pochłaniającą wszystko co napotka na drodze (Blob )? Potwory o wyglądzie prezerwatyw, odgryzające to i owo pożądliwym kochankom(Killer Condom)? Albo o wyglądzie...pomidorów (Atak morderczych pomidorów)?      „Złym filmom”, bo o nich przecież mowa, poświęcona będzie Noc Filmowa w Ruinach  pt.  NAJGORSZE FILMY ŚWIATA (29.08, start g. 20.00). Owe filmy są dzisiaj chętnie oglądane, zarówno na domowych imprezach z piwem w ręce, jak również w salach poważnych kin studyjnych i multipleksów. Widzowie pragną zobaczyć tzw. „czyste kino” czyli „dzieła” stojące w opozycji do „mainstreamowych”, poprawnych filmów - zawierających skomplikowane ekranowe intrygi, interesujące kreacje aktorskie, wystawne elementy scenograficzne, najnowsze efekty specjalne czy bogaty wachlarz trików operatorskich – i oddać się niczym nieskrępowanej rozrywce, polegającej na odnajdywaniu najbardziej komicznych i drastycznych fragmentów w historii kina. „Złym filmom” wszystkich  „poprawnych” cech brakuje, nadrabiają jednak pewną umownością, przerysowaniem, zgrywą i humorem (często przecież niezamierzonym) oraz efektami typu „exploitation”.                                        
Obecnie dostrzec można prawdziwy kult „złych filmów”: strony i fora internetowe im poświęcone prężnie się rozwijają , nieźle sprzedają się rozmaite gadżety związane z kiepskimi filmami (np. koszulki czy kubki z Toxim). Fani na całym świecie prześcigają się w zdobywaniu „gorących” tytułów na dvd, a co poniektórzy przebywają nawet daleką drogę aby za darmo zagrać choćby statystę w filmie ulubionej wytwórni  (tak jest np. z Tromą).                                                                                                                                             Jacek Rokosz i Filip Jacobson, filmoznawcy z Łodzi, na zapowiadaną noc wybrali  4 interesujące propozycje, wpisujące się w różne tradycje „złych filmów”.                                                                                 
Zakazany w latach 30. ubiegłego wieku  Sex Maniak  w reżyserii D. Espera był zapewne ojcem chrzestnym wszystkich późniejszych obrazów typu „exploitation” (niskobudżetowych, kiczowatych produkcji podejmujących prymitywne czy amoralne tematy, pomijane w kinie „głównego nurtu”)  z  tandetami H. G. Lewisa  czy J. Franco na czele. Zlepek wszystkiego co w owych czasach „mogło się sprzedać” (motyw obłąkanego naukowca, proza E.A.Poe, psychoanaliza Freuda).
Plan 9 z kosmosu  uznawany za „najgorszy film wszechczasów” w reżyserii „najgorszego reżysera wszechczasów” – Eda Wooda, to historia wpisująca się w nurt filmów o zagrożeniach płynących z kosmosu. Ale nie tylko! Owszem mamy tu kosmitów w  kiepskich   uniformach, pojazdy wyglądające jak pokrywki od patelni, ale także wszędobylską policję, dzielnego pilota myśliwca i jego żonę, przywróconych do życia nieboszczyków zombie czy nawet dokumentalne zdjęcia z
działań wojennych... a wszystko to obficie okraszone sztuczną mgłą. Nie mogło oczywiście zabraknąć filmu o zwierzętach zmutowanych wskutek źle przeprowadzonych eksperymentów. Ale tym razem nie pijawki, mrówki czy węże będą zagrażać bogu ducha winnym bohaterom , a sympatyczne przecież zwierzątka – ryjówki, których ekranowy wygląd „ni psa, ni wydry” musi budzić powszechną wesołość     (Zabójcze ryjówki  R. Kellogga). Przy doborze bloku filmowego nie pominięto także historii o dzielnym superbohaterze ratującym ziemię przed obcą inwazją , tym razem „made in Japan” (  Zły mózg z Kosmosu  K. Akasaki i T. Ishi ). Japoński  Starman kontra Zły Mózg  i wszystko jasne. Równie dobrze mógłby to być Santo ratujący Meksyk przed inwazją Marsjan , amerykański Kapitan Orgazmo czy Kapitan As stawiający czoło Profesorowi Plamie, a nawet katowicki Metan walczący ze Smogiem.       
Repertuar zapowiada się zachęcająco, szkoda tylko, iż organizatorzy pominęli rodzimą twórczość. A przecież zupełnie niedorzeczna „perełka” pt.  Klątwa doliny węży M.Piestraka  w niczym nie ustępuje zachodnim produkcjom tego typu.                                                                                                                                   A na koniec organizatorzy przygotowali niespodziankę: krótkometrażowy  film montażowy z najgorszymi scenami w historii kina. Zapewniam, że będzie na co popatrzeć...

Artykuł ukazał się w "Nowinach Gliwickich"  27 sierpnia 2008 r.